Siedziałam na czarnym grzbiecie smoka, a jego czarne skrzydła poruszały się płynnie pośród białych chmur. Siedziałam prosto rozglądając się na boki. Lecz nigdzie nie było widać nic poza bielą. Wlecieliśmy w chmurę tak gęstą i wielką, że nie dostrzegałam ani zielonych lasów na dole ani błękitu nieba na górze.
- Rukanor, wyżej - nakazałam i smok posłusznie zaczął przecinać chmurę wznosząc się coraz wyżej. Nagle wylecieliśmy z białej zasłony, a mnie oślepiły promienie porannego słońca, które jeszcze całkiem nie wychyliło się z za horyzontu, a już biło mocnym światłem. Lecieliśmy teraz ponad dywanem z chmur, nad nami roztaczało się nieskazitelnie niebieskie niebo, za nami jeszcze świeciły gwiazdy, a przed sobą widzieliśmy wschód słońca. Poczułam się wolna i niezależna. Wiedziałam, że tu jestem bezpieczna. Nagle przypomniało mi się dokładnie i ze wszystkimi szczegółami jak to pierwszy raz wsiadłam na Rukanora...
Dzień był dosyć chłodny bo jesienny lecz przyjemny. Nie za gorąco, nie za zimno. W dodatku świat wyglądał tak pięknie, że nie sposób było nie wyjść na popołudniowy spacer. Każdy listek przybrał inny odcień brązu, pomarańczu, czerwieni lub złota przez co każdy krzak, lub drzewo wyglądało jakby przybrało pstrokaty jesienny płaszcz. Miasteczko emitowało spokojem, po wąskich wydeptanych dróżkach przechadzali się nieliczni mieszkańcy, a kolorowa roślinność zdobiła przydrożne trawniki, w miejscach gdzie nie stały skromne chatki bądź większe ceglane budynki. Skromne to było i ciche miasteczko, chodź co jakiś czas można było usłyszeć dźwięki wydawane przez jakieś zwierzęta. Fauna była tu częstym bywalcem. W Jevir zwierzęta można było spotkać na każdym kroku jako, że było to miasto Vaskotów.
Nagle drzwi jednej z chatek na przedmieściach otworzyły się z trzaskiem robiąc jedyny hałas w obrębie kilometra. Stanęła w nich mała dziewczynka o długich jasnych włosach splecionych w warkocz, bystrych szaro-błękitnych oczach i śnieżno białej cerze. Na nogach miała stare za duże szare buty. Jedynie czarna tunika i gorset w tym samym kolorze osłaniały ja przed lekkim chłodem panującym na zewnątrz. Przez ramię przerzuciła wyblakłą czerwoną torbę, w której widniała dzióra na wylot, wypchaną jabłkiem, ciasteczkami, przysmakami dla pegazów, dwoma książkami i paroma bezużytecznymi drobiazgami, o których istenieniu być może właścicielka nawet nie miała pojęcia. Z uśmiechem na twarzy przekroczyła próg domu lecz już wtedy zatrzymał ją głos mamy dobiegający gdzieś z kuchni.
- Karo! Gdzie idziesz?
- Na spacer po mieście i może do lasu, mówiłam ci już! - odparła dziewczynka poirytowana ciągłym powtarzaniem mamie do kąd się wybiera.
- Dobrze, ale nie odchodź daleko, i pamiętaj, nie idź do puszczy...!
- Dobra WIEM! - przerwała jej Karo i przeskoczyła trzy schodki wiodące w dół od drzwi, Tym sposobem znalazła się na małej dróżce wiodącej do centrum miasteczka. Wczesna godzina sprawiała, że po Jevirze chodziło niewielu Vaskotów. Większość z nich wolała zapewne leżeć jeszcze w wygodnych łóżkach. Natomiast zwierzęta myślały zupełnie inaczej. Idąc wydeptaną ścieżką Karo zobaczyła kilka feniksów siedzących na dachach domów lub na płotach, stada myszy uciekające spod jej stóp, ptaki krążące wokół kolirowych drzew, koty spacerujące po uliczkach, a nawet dwa czy trzy mijające ją koziorożce, które ucieszyły się z przysmaków zaoferowanych przez małą Vaskotkę. Wszystkie sklepy i piekarnie były jeszcze zamknięte więc nawet gdyby chciała dziewczynka nie mogła sobie nic kupić. Postanowiła więc, że drogę czytaniem. Wyjęła więc z torby jedną z książek i otworzyła tam gdzie skończyła. Nie patrząc pod nogi szła penie przed siebię, a oczy latały w jedną i w drugą pochłaniając słowa z prędkością błyskawicy. Wyobraźała sobie, że jest w świecie opisanym przez tę książkę i tak nawet nie zauważyła jak szybko minął czas. Ledwo zaczęła czytać, a już była w lesie.
C.D.N.