środa, 23 września 2015

Od Kath

    Siedziałam na czarnym grzbiecie smoka, a jego czarne skrzydła poruszały się płynnie pośród białych chmur. Siedziałam prosto rozglądając się na boki. Lecz nigdzie nie było widać nic poza bielą. Wlecieliśmy w chmurę tak gęstą i wielką, że nie dostrzegałam ani zielonych lasów na dole ani błękitu nieba na górze.
- Rukanor, wyżej - nakazałam i smok posłusznie zaczął przecinać chmurę wznosząc się coraz wyżej. Nagle wylecieliśmy z białej zasłony, a mnie oślepiły promienie porannego słońca, które jeszcze całkiem nie wychyliło się z za horyzontu, a już biło mocnym światłem. Lecieliśmy teraz ponad dywanem z chmur, nad nami roztaczało się nieskazitelnie niebieskie niebo, za nami jeszcze świeciły gwiazdy, a przed sobą widzieliśmy wschód słońca. Poczułam się wolna i niezależna. Wiedziałam, że tu jestem bezpieczna. Nagle przypomniało mi się dokładnie i ze wszystkimi szczegółami jak to pierwszy raz wsiadłam na Rukanora...

    Dzień był dosyć chłodny bo jesienny lecz przyjemny. Nie za gorąco, nie za zimno. W dodatku świat wyglądał tak pięknie, że nie sposób było nie wyjść na popołudniowy spacer. Każdy listek przybrał inny odcień brązu, pomarańczu, czerwieni lub złota przez co każdy krzak, lub drzewo wyglądało jakby przybrało pstrokaty jesienny płaszcz. Miasteczko emitowało spokojem, po wąskich wydeptanych dróżkach przechadzali się nieliczni mieszkańcy, a kolorowa roślinność zdobiła przydrożne trawniki, w miejscach gdzie nie stały skromne chatki bądź większe ceglane budynki. Skromne to było i ciche miasteczko, chodź co jakiś czas można było usłyszeć dźwięki wydawane przez jakieś zwierzęta. Fauna była tu częstym bywalcem. W Jevir zwierzęta można było spotkać na każdym kroku jako, że było to miasto Vaskotów.
    Nagle drzwi jednej z chatek na przedmieściach otworzyły się z trzaskiem robiąc jedyny hałas w obrębie kilometra. Stanęła w nich mała dziewczynka o długich jasnych włosach splecionych w warkocz, bystrych szaro-błękitnych oczach i śnieżno białej cerze. Na nogach miała stare za duże szare buty. Jedynie czarna tunika i gorset w tym samym kolorze osłaniały ja przed lekkim chłodem panującym na zewnątrz. Przez ramię przerzuciła wyblakłą czerwoną torbę, w której widniała dzióra na wylot, wypchaną jabłkiem, ciasteczkami, przysmakami dla pegazów, dwoma książkami i paroma bezużytecznymi drobiazgami, o których istenieniu być może właścicielka nawet nie miała pojęcia. Z uśmiechem na twarzy przekroczyła próg domu lecz już wtedy zatrzymał ją głos mamy dobiegający gdzieś z kuchni.
- Karo! Gdzie idziesz?
- Na spacer po mieście i może do lasu, mówiłam ci już! - odparła dziewczynka poirytowana ciągłym powtarzaniem mamie do kąd się wybiera.
- Dobrze, ale nie odchodź daleko, i pamiętaj, nie idź do puszczy...!
- Dobra WIEM! - przerwała jej Karo i przeskoczyła trzy schodki wiodące w dół od drzwi, Tym sposobem znalazła się na małej dróżce wiodącej do centrum miasteczka. Wczesna godzina sprawiała, że po Jevirze chodziło niewielu Vaskotów. Większość z nich wolała zapewne leżeć jeszcze w wygodnych łóżkach. Natomiast zwierzęta myślały zupełnie inaczej. Idąc wydeptaną ścieżką Karo zobaczyła kilka feniksów siedzących na dachach domów lub na płotach, stada myszy uciekające spod jej stóp, ptaki krążące wokół kolirowych drzew, koty spacerujące po uliczkach, a nawet dwa czy trzy mijające ją koziorożce, które ucieszyły się z przysmaków zaoferowanych przez małą Vaskotkę. Wszystkie sklepy i piekarnie były jeszcze zamknięte więc nawet gdyby chciała dziewczynka nie mogła sobie nic kupić. Postanowiła więc, że drogę czytaniem. Wyjęła więc z torby jedną z książek i otworzyła tam gdzie skończyła. Nie patrząc pod nogi szła penie przed siebię, a oczy latały w jedną i w drugą pochłaniając słowa z prędkością błyskawicy. Wyobraźała sobie, że jest w świecie opisanym przez tę książkę i tak nawet nie zauważyła jak szybko minął czas. Ledwo zaczęła czytać, a już była w lesie.

C.D.N.

wtorek, 21 lipca 2015

Nieobecność

Ze względu na mój wyjazd opowiadania nie będą wstawiane. Nie oznacza to jednak, że nie możecie ich wysyłać. Podobnie z dołanczaniem do bloga. Możecie mi wysyłać formularze jednak wszystko wstawię po powrocie (30.07).

środa, 15 lipca 2015

Od Greeny C.D.

Ostre kły Wilka wbiły się w brzuch stojącego dęba pegaza. Cometha zarżała przenikliwie i zanim runęła w bok zdężyła jeszcze kopnąć przednim kopytem potwora w głowę.
- Nie! - wrzasnęłam tylko patrząc na zbliżające się do mnie kamienie. Nic już nie zdążyłam zrobić.
Zemdlałam.
    Kiedy się obudziłam leżałam na kamieniach obok jeziora. Dokładnie w tym samym miejscu w którym przewróciła się Cometha. Właśnie...Cometha! Gdzie ona była? Rozejżałąm się ale nigdzie nie dostrzegłam śladu zwierzęcia. Wilka też nigdzie nie było. Na ziemi leżało za to kilka piór oraz prowizoryczne juki. Podnisłam się z jękiem ponieważ lewa posiniaczona noga bolała gdy przeniosłam na nią ciężar. Wytarłam krew z rozciętego policzka i powoli podeszłam do piór. Były wśród nich tylko czarne pióra ale ze względu na inny kształt  rozróżniłam wśród nich pióra pegaza i Wilka. Spojrzałam w lewo i dostrzegłam na ziemi odciski kopyt, a dalej na kamieniu ślady pazurów oraz krwi...błękitnej krwi. Na dalszych kilku kamieniach również zobaczyłam ślady błękitnej krwi. Wzięłam bagarze i kuśtykając poszłam za nimi. Wyglądało to tak jakby krwawiący potwór nie miał siły ustać na łapach więc opierał się o kamienie ale mimo to uciekał dalej. Na ziemi nadal widniały ślady kopyt oraz dziwne podłużne śłady jakby Wilk powłóczył łapami prowadzące do wielkiej skały i skręcające za nią w prawo. Za zakrętem dostrzegłam Comethę! Pegaz leżał na trawie ze zwiniętymi skrzydłami. Na mój widok zarżała i spróbowała się podnieść ale uniemożliwiła jej to krwawiąca noga.
- A gdzie Wilk? - zastanawiałam się na głos. W tym momencie dostrzegłam na ziemi te same podłużne ślady oraz plamy błękitnej krwi na kamieniach i trawie prowadzące gdzieś dalej między skały. Uciekł. Co za tchórz!

C.D.N.

piątek, 26 czerwca 2015

piątek, 12 czerwca 2015

Od Fina

Obudziłem się na drzewie,czyli dzień jak co dzień. Pierwsze co zrobiłem to poszedłem znaleźć coś do jedzenia i do picia. Niedaleko od mojego miejsca "zamieszkania" był strumień, który miał nieskazitelnie czystą wodę. Dosłownie 17 minut spacerkiem. Szedłem w ciszy jak zwykle. Gdy dotarłem uklęknąłem obok źródła wody, napiłem się trochę i przemyłem sobie twarz. Rozejrzałem się po okolicy i dostrzegłem małą jabłonkę z jeszcze zielonymi jabłkami. Postanowiłem trochę jej pomóc i samemu na tym skorzystać.
-Jesteś sama w środku lasu?-skierowałem pytanie do jabłonki, delikatnie dotykając ją po pniu-Nie martw się, wiem jak to jest.-Kucnąłem obok niej i zacząłem rozmowe, delikatnie głaszcząc jej korę-Jest Ci ciężko i masz już dość,najchętniej byś się poddała i odeszła-westchnąłem lekko-Ale nie rób tego. Musisz im wszystkim-wskazałem na resztę lasu-pokazać, że jesteś silna i mimo, że samotna to możesz wszystko-Rozmawiałem tak z jabłonią, aż do momentu, gdy jej owoce zaczęły zmieniać barwę z zielonych na czerwone. Wtedy zadowolony poprosiłem ją o jeden owoc. Jedno najbardziej czerwone i soczyste jabłko delikatnie spadło na moją dłoń.
-Dzięki-szepnąłem. W tym samym momencie usłyszałem jakiś szmer w krzakach. Chwile potem wyłoniła się jakaś postać
-Hej, jak to zrobiłeś?-spytała rudowlosa elfka
-Nie Twój interes.-odrzekłem-potrzebujesz czegoś czy możemy już zakończyć rozmowe?
-Oooo widze twarda sztuka z Ciebie-zaśmiała się- Mieszkasz w okolicy?Gdzie Twoja rodzina?-spytała zaciekawiona
-Nie potrzebuje rodziny-odpowiedziałem-jestem podróżnikiem
-Podróżnik, który od dłuższego czasu mieszka na drzewie?
-Skąd Ty do....-przerwałem-jasnej to wiesz?
-Wiem prawie o wszystkim co się dzieje wokół mojego miasta-odparla uśmiechnięta
-Nie muszę znać Twojego życiorysu-odrzekłem i odwróciłem się do niej tyłem-Będziesz dalej marnować mój czas?
-Jeżeli przyjęcie Cie do mojego miasta jako strażnika uważasz stratą czasu...-Zaciekawiła mnie jej propozycja. Co prawda nie przepadałem za ludźmi, ale może w końcu znalazłbym swoje miejsce.Przecież nie musiałbym rozmawiać z innymi. Strzegłbym tylko miasta w wyznaczonych godzinach,reszte dnia spędzałbym według własnego planu
-Prowadź-powiedziałem krótko

Witamy Elfa Fina!

wtorek, 10 lutego 2015

Od Greeny

    Strzała ze światem przecięła powietrze i poszybowały daleko przed siebie aż wbiła się w lecącego ptaka. Ten straciwszy równowagę i obciążony strzałą opadł bezwładnie na ziemię. Pogoniłam Comethę, która posłusznie przyśpieszyła i podjechała do martwego ptaka. Zeskoczyłam z jej grzbietu i wyjęłam strzałę z ciała ptaka. Obejrzałam go po czym spakowałam do worka. Żałowałam, że nie mam pożądanego siodła z jukami, ale jakoś sobie radziłam na oklep.
    Dzień był ciepły, a w okół Dellon rozkwitały kolorowe kwiaty i zieleniały rozległe lasy. Wysokie złociste trawy łagodnie kołysały się na wietrze cicho szumiąc. Zachodzące słońce zalewało świat ciepłymi pomarańczowymi promieniami rzucając na każdą napotkaną rzecz długi ciemny cień.
    Nie wiedziałam gdzie dokładnie jestem ani jak daleko od miasta. Wiedziałam tylko, że Dellon jest gdzieś na wschód ode mnie.
Nie trudno było rozpoznać gdzie jest wschód tak więc od razu wskoczyłam zgrabnie na Comethę i już po chwili gnałam na jej grzbiecie przez łąki o trawie tak wysokiej iż gdybym nie miała butów zapewne łaskotałaby mnie w stopy. Ciepły południowy wiatr owiewał mnie z każdej strony ale mnie to nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie, czułam się świetnie prowadzona przez silne kopyta klaczy. Cwałowałam przez ogromne łąki prawie nie trzymając się szarej grzywy Comethy, a kiedy zobaczyłam las kazałam pegazowi wzbić się w powietrze. Klacz posłusznie rozłożyła swe skrzydła i wręcz skoczyła w powietrze. Przez chwilę poczułam się jakbym jechała pod stromę górę, a nogami drasnęłam szczyty drzew na skraju lasu. Potem klacz wyrównała lot i szybowałyśmy razem ponad wierzchołkami drzew. Ponad ciemnym lasem, w którym zmrok zapadał o wiele szybciej niż na łąkach.

Od Greeny

    Kopyta Comethy stukały o szare kamienie kiedy wspinała się ze mną na grzbiecie po stromych skalnych zboczach. Bez siodła i z dwoma tobołkami związanymi sznurem i przerzuconymi nad grzbietem klaczy jako prowizoryczne juki przemierzałyśmy właśnie Egryty. Podążałyśmy górskimi szlakami, wspinałyśmy się po najstromszych i najbardziej zdradliwych ścieżkach. Oczywiście starałam się wybierać takie, żeby klacz mogła spokojnie nimi przejechać, ale jeśli nie było innej drogi dzielny pegaz brnął przed siebie po osuwających się kamieniach i wąskich półkach skalnych.
Równie dobrze mogłabym wzbić się w powietrze i przelecieć nad ostrymi szczytami. Jednakże wtedy stałabym się bardziej widoczna, łatwiej mogłyby mnie dostrzec potwory mieszkające w górach, a i Imarsil mogłaby mnie zobaczyć ze swojej wieży. A tego wolałam uniknąć. Ze względu na to, że aktualnie przewoziłam talerz, sztućce i złoty kielich skradzione z królewskiego dworu wolałam nie spotkać jej teraz. Zmierzałam akurat w stronę mojej kryjówki na łupy gdzie zamierzałam schować drogocenne przedmioty. Poza tym miałam w planie trochę pozwiedzać, pojeździć sobie po okolicy, może coś upolować... Tak teoretycznie Imarsil kazała mi, jako łowczyni, raz w tygodniu jeździć na łowy i przywozić do zamku dostawę zwierzyny. Jeśli coś upoluję...hmm....może trochę oddam tej głupiej zachłannej królowej.
    Wyjechałam z za białych skał i moim oczom ukazało się niewielkie górskie jeziorko otoczone półkolistym naturalnym murem skalnym. Tak małe, że można by je uznać za staw. Woda w nim była przejrzysta, błękitna i niezmącona. Równa tafla, w której można było się przeglądać. Rozejrzałam się bacznie ale nigdzie nie dostrzegłam ani śladu żywej duszy. To miejsce było zdecydowanie za spokojne. Hm....czyżbym wyczuwała....zwierzęta?!
Z za suchych krzaków na szczycie "ściany" skalnej wyskoczył Wilk. Nie wahając się zeskoczył na ziemię przy jeziorze z dziesięciu metrów. Nie był to jednak zwykły wilk tylko Wilk przez duże "W". Czarna gęsta sierść pokrywała masywne ciało wielkości małego kucyka. Z pod czupryny futra świeciły ostro niebieskie oczy. Z łopatek Wilka wyrastała para potężnych skrzydeł składających się z szaro-niebieskich piór. Co ciekawe u podstawy skrzydła nie wychodziły prosto z ciała stworzenia lecz rozgałęziały się jak korzenie drzewa, owijające się wokół jego łap.
    Wilk warknął obnażając dwa rzędy ostrych jak brzytwy kłów. Jego podłużna paszcza wyglądała trochę jak paszcza rekina.
Cometha parsknęła grzebiąc kopytem w ziemi. Wyciągnęłam sztylet i pochyliłam się lekko do przodu gotowa atakować. Wilk podszedł powoli patrząc z pode łba na mnie i pegaza. Nagle potwór skoczył do przodu zamierzając ugryźć Comethę. Zatzrymał się jednak w pół kroku i cofnął kiedy pegaz stanął dęba rżąc wierzgając przednimi kopytami i rozkładając olbrzymie skrzydła. Złapałam się jedną ręką grzywy wierzchowca i ścisnęłam nogami jego boki by utrzymać się na jego grzebiecie. Wilk wahał się chwilę ale po chwli znowu zaatakował.

C.D.N.