Strzała ze światem przecięła powietrze i poszybowały daleko przed siebie aż wbiła się w lecącego ptaka. Ten straciwszy równowagę i obciążony strzałą opadł bezwładnie na ziemię. Pogoniłam Comethę, która posłusznie przyśpieszyła i podjechała do martwego ptaka. Zeskoczyłam z jej grzbietu i wyjęłam strzałę z ciała ptaka. Obejrzałam go po czym spakowałam do worka. Żałowałam, że nie mam pożądanego siodła z jukami, ale jakoś sobie radziłam na oklep.
Dzień był ciepły, a w okół Dellon rozkwitały kolorowe kwiaty i zieleniały rozległe lasy. Wysokie złociste trawy łagodnie kołysały się na wietrze cicho szumiąc. Zachodzące słońce zalewało świat ciepłymi pomarańczowymi promieniami rzucając na każdą napotkaną rzecz długi ciemny cień.
Nie wiedziałam gdzie dokładnie jestem ani jak daleko od miasta. Wiedziałam tylko, że Dellon jest gdzieś na wschód ode mnie.
Nie trudno było rozpoznać gdzie jest wschód tak więc od razu wskoczyłam zgrabnie na Comethę i już po chwili gnałam na jej grzbiecie przez łąki o trawie tak wysokiej iż gdybym nie miała butów zapewne łaskotałaby mnie w stopy. Ciepły południowy wiatr owiewał mnie z każdej strony ale mnie to nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie, czułam się świetnie prowadzona przez silne kopyta klaczy. Cwałowałam przez ogromne łąki prawie nie trzymając się szarej grzywy Comethy, a kiedy zobaczyłam las kazałam pegazowi wzbić się w powietrze. Klacz posłusznie rozłożyła swe skrzydła i wręcz skoczyła w powietrze. Przez chwilę poczułam się jakbym jechała pod stromę górę, a nogami drasnęłam szczyty drzew na skraju lasu. Potem klacz wyrównała lot i szybowałyśmy razem ponad wierzchołkami drzew. Ponad ciemnym lasem, w którym zmrok zapadał o wiele szybciej niż na łąkach.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz