Kopyta Comethy stukały o szare kamienie kiedy wspinała się ze mną na grzbiecie po stromych skalnych zboczach. Bez siodła i z dwoma tobołkami związanymi sznurem i przerzuconymi nad grzbietem klaczy jako prowizoryczne juki przemierzałyśmy właśnie Egryty. Podążałyśmy górskimi szlakami, wspinałyśmy się po najstromszych i najbardziej zdradliwych ścieżkach. Oczywiście starałam się wybierać takie, żeby klacz mogła spokojnie nimi przejechać, ale jeśli nie było innej drogi dzielny pegaz brnął przed siebie po osuwających się kamieniach i wąskich półkach skalnych.
Równie dobrze mogłabym wzbić się w powietrze i przelecieć nad ostrymi szczytami. Jednakże wtedy stałabym się bardziej widoczna, łatwiej mogłyby mnie dostrzec potwory mieszkające w górach, a i Imarsil mogłaby mnie zobaczyć ze swojej wieży. A tego wolałam uniknąć. Ze względu na to, że aktualnie przewoziłam talerz, sztućce i złoty kielich skradzione z królewskiego dworu wolałam nie spotkać jej teraz. Zmierzałam akurat w stronę mojej kryjówki na łupy gdzie zamierzałam schować drogocenne przedmioty. Poza tym miałam w planie trochę pozwiedzać, pojeździć sobie po okolicy, może coś upolować... Tak teoretycznie Imarsil kazała mi, jako łowczyni, raz w tygodniu jeździć na łowy i przywozić do zamku dostawę zwierzyny. Jeśli coś upoluję...hmm....może trochę oddam tej głupiej zachłannej królowej.
Wyjechałam z za białych skał i moim oczom ukazało się niewielkie górskie jeziorko otoczone półkolistym naturalnym murem skalnym. Tak małe, że można by je uznać za staw. Woda w nim była przejrzysta, błękitna i niezmącona. Równa tafla, w której można było się przeglądać. Rozejrzałam się bacznie ale nigdzie nie dostrzegłam ani śladu żywej duszy. To miejsce było zdecydowanie za spokojne. Hm....czyżbym wyczuwała....zwierzęta?!
Z za suchych krzaków na szczycie "ściany" skalnej wyskoczył Wilk. Nie wahając się zeskoczył na ziemię przy jeziorze z dziesięciu metrów. Nie był to jednak zwykły wilk tylko Wilk przez duże "W". Czarna gęsta sierść pokrywała masywne ciało wielkości małego kucyka. Z pod czupryny futra świeciły ostro niebieskie oczy. Z łopatek Wilka wyrastała para potężnych skrzydeł składających się z szaro-niebieskich piór. Co ciekawe u podstawy skrzydła nie wychodziły prosto z ciała stworzenia lecz rozgałęziały się jak korzenie drzewa, owijające się wokół jego łap.
Wilk warknął obnażając dwa rzędy ostrych jak brzytwy kłów. Jego podłużna paszcza wyglądała trochę jak paszcza rekina.
Cometha parsknęła grzebiąc kopytem w ziemi. Wyciągnęłam sztylet i pochyliłam się lekko do przodu gotowa atakować. Wilk podszedł powoli patrząc z pode łba na mnie i pegaza. Nagle potwór skoczył do przodu zamierzając ugryźć Comethę. Zatzrymał się jednak w pół kroku i cofnął kiedy pegaz stanął dęba rżąc wierzgając przednimi kopytami i rozkładając olbrzymie skrzydła. Złapałam się jedną ręką grzywy wierzchowca i ścisnęłam nogami jego boki by utrzymać się na jego grzebiecie. Wilk wahał się chwilę ale po chwli znowu zaatakował.
C.D.N.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz