wtorek, 10 lutego 2015

Od Greeny

    Strzała ze światem przecięła powietrze i poszybowały daleko przed siebie aż wbiła się w lecącego ptaka. Ten straciwszy równowagę i obciążony strzałą opadł bezwładnie na ziemię. Pogoniłam Comethę, która posłusznie przyśpieszyła i podjechała do martwego ptaka. Zeskoczyłam z jej grzbietu i wyjęłam strzałę z ciała ptaka. Obejrzałam go po czym spakowałam do worka. Żałowałam, że nie mam pożądanego siodła z jukami, ale jakoś sobie radziłam na oklep.
    Dzień był ciepły, a w okół Dellon rozkwitały kolorowe kwiaty i zieleniały rozległe lasy. Wysokie złociste trawy łagodnie kołysały się na wietrze cicho szumiąc. Zachodzące słońce zalewało świat ciepłymi pomarańczowymi promieniami rzucając na każdą napotkaną rzecz długi ciemny cień.
    Nie wiedziałam gdzie dokładnie jestem ani jak daleko od miasta. Wiedziałam tylko, że Dellon jest gdzieś na wschód ode mnie.
Nie trudno było rozpoznać gdzie jest wschód tak więc od razu wskoczyłam zgrabnie na Comethę i już po chwili gnałam na jej grzbiecie przez łąki o trawie tak wysokiej iż gdybym nie miała butów zapewne łaskotałaby mnie w stopy. Ciepły południowy wiatr owiewał mnie z każdej strony ale mnie to nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie, czułam się świetnie prowadzona przez silne kopyta klaczy. Cwałowałam przez ogromne łąki prawie nie trzymając się szarej grzywy Comethy, a kiedy zobaczyłam las kazałam pegazowi wzbić się w powietrze. Klacz posłusznie rozłożyła swe skrzydła i wręcz skoczyła w powietrze. Przez chwilę poczułam się jakbym jechała pod stromę górę, a nogami drasnęłam szczyty drzew na skraju lasu. Potem klacz wyrównała lot i szybowałyśmy razem ponad wierzchołkami drzew. Ponad ciemnym lasem, w którym zmrok zapadał o wiele szybciej niż na łąkach.

Od Greeny

    Kopyta Comethy stukały o szare kamienie kiedy wspinała się ze mną na grzbiecie po stromych skalnych zboczach. Bez siodła i z dwoma tobołkami związanymi sznurem i przerzuconymi nad grzbietem klaczy jako prowizoryczne juki przemierzałyśmy właśnie Egryty. Podążałyśmy górskimi szlakami, wspinałyśmy się po najstromszych i najbardziej zdradliwych ścieżkach. Oczywiście starałam się wybierać takie, żeby klacz mogła spokojnie nimi przejechać, ale jeśli nie było innej drogi dzielny pegaz brnął przed siebie po osuwających się kamieniach i wąskich półkach skalnych.
Równie dobrze mogłabym wzbić się w powietrze i przelecieć nad ostrymi szczytami. Jednakże wtedy stałabym się bardziej widoczna, łatwiej mogłyby mnie dostrzec potwory mieszkające w górach, a i Imarsil mogłaby mnie zobaczyć ze swojej wieży. A tego wolałam uniknąć. Ze względu na to, że aktualnie przewoziłam talerz, sztućce i złoty kielich skradzione z królewskiego dworu wolałam nie spotkać jej teraz. Zmierzałam akurat w stronę mojej kryjówki na łupy gdzie zamierzałam schować drogocenne przedmioty. Poza tym miałam w planie trochę pozwiedzać, pojeździć sobie po okolicy, może coś upolować... Tak teoretycznie Imarsil kazała mi, jako łowczyni, raz w tygodniu jeździć na łowy i przywozić do zamku dostawę zwierzyny. Jeśli coś upoluję...hmm....może trochę oddam tej głupiej zachłannej królowej.
    Wyjechałam z za białych skał i moim oczom ukazało się niewielkie górskie jeziorko otoczone półkolistym naturalnym murem skalnym. Tak małe, że można by je uznać za staw. Woda w nim była przejrzysta, błękitna i niezmącona. Równa tafla, w której można było się przeglądać. Rozejrzałam się bacznie ale nigdzie nie dostrzegłam ani śladu żywej duszy. To miejsce było zdecydowanie za spokojne. Hm....czyżbym wyczuwała....zwierzęta?!
Z za suchych krzaków na szczycie "ściany" skalnej wyskoczył Wilk. Nie wahając się zeskoczył na ziemię przy jeziorze z dziesięciu metrów. Nie był to jednak zwykły wilk tylko Wilk przez duże "W". Czarna gęsta sierść pokrywała masywne ciało wielkości małego kucyka. Z pod czupryny futra świeciły ostro niebieskie oczy. Z łopatek Wilka wyrastała para potężnych skrzydeł składających się z szaro-niebieskich piór. Co ciekawe u podstawy skrzydła nie wychodziły prosto z ciała stworzenia lecz rozgałęziały się jak korzenie drzewa, owijające się wokół jego łap.
    Wilk warknął obnażając dwa rzędy ostrych jak brzytwy kłów. Jego podłużna paszcza wyglądała trochę jak paszcza rekina.
Cometha parsknęła grzebiąc kopytem w ziemi. Wyciągnęłam sztylet i pochyliłam się lekko do przodu gotowa atakować. Wilk podszedł powoli patrząc z pode łba na mnie i pegaza. Nagle potwór skoczył do przodu zamierzając ugryźć Comethę. Zatzrymał się jednak w pół kroku i cofnął kiedy pegaz stanął dęba rżąc wierzgając przednimi kopytami i rozkładając olbrzymie skrzydła. Złapałam się jedną ręką grzywy wierzchowca i ścisnęłam nogami jego boki by utrzymać się na jego grzebiecie. Wilk wahał się chwilę ale po chwli znowu zaatakował.

C.D.N.