Dzień był chłodny, jak na lato, na niebie zbierały się burzowe chmury. Cometha szła wiernie tuż za mną, a ja kroczyłam przez gęste krzaki i zarośla torując sobie drogę rękami. Nie miałam żadnej broni oprócz mojego łuku. Żadnego miecza, nawet sztyletu, noża nie miałam! Nic! To koszmar, ale trzeba było sobie jakoś radzić. Po dłużej chwili wyszłam z lasu i trafiłam nad jezioro. Kazałam pegazowi zostać, a sama ruszyłam przez tatarak. Wyczuwałam coś...coś dużego...smoka!
Przedarłam się przez gęste zielska i stanęłam po kolana w jeziorze. Zaraz jednak schowałam się z powrotem, wyjęłam strzałę i napięłam łuk. Oto co zobaczyłam: na sporej wyspie na środku jeziora leżał młody smok cienia. Nie spał, ale odpoczywał najprawdopodobniej po jedzeniu. Oczy mi rozbłysły, wycelowałam w smoka i już miałam go zastrzelić kiedy usłyszałam głos dochodząc z tyłu. Odwróciłam się i skierowałam łuk prosto w nos jakiejś dziewczyny wyglądającej na taką w moim wieku. Miała jasne włosy i cerę oraz czarną suknię wykonaną z ptasich piór. Opuściłam łuk.
- Nie strzelaj do niego - powiedziała spokojnym tonem.
- To smok! - zaprotestowałam.
- To mój smok! - przerwała mi. Już wiedziałam kim jest.
- Vaskoci... - rzuciłam z niechęcią. Dziewczyna wyminęła mnie i podeszła bliżej wyspy, na której leżał smok Dopiero teraz spostrzegłam, że idzie po wodzie. Gdy smok ją zobaczył wstał i podleciał, a następnie przysiadł w wodzie tuż obok niej robiąc przy tym niezłe fale. Dziewczyna usiadła na wodzie i pogłaskała smoka. Na ten widok prawie zwymiotowałam. Przecież to bestia! Jak tak można! To się zabija, a nie głaszcze!
- Słuchaj! Odsuń się albo zastrzelę i ciebie - rzuciłam i znowu zaczęłam mierzyć w smoka. Ten cofnął się i ryknął.
- Rozzłościsz go! - krzyknęła tamta.
- Oj straszne - odparłam sarkastycznie, ale w tym momencie smok zionął ogniem i odleciał. Zrobiłam unik, a następnie nie wahając się strzeliłam. Vaskotka krzyknęła, ale niestety (a na jej szczęście) strzała przeleciała kawałek od jego skrzydła. Gdy znów założyłam strzałę, Vaskotka wyjęła miecz. Skąd ona go wzięła? Tego nie wiedziałam, ale wiedziałam, że jest zła, a ja nie mam czym walczyć. Strzeliłam. Dziewczyna zrobiła unik. To było nie fair, ja zawsze trafiałam! Zbliżałam się do niej cały czas strzelając, ale ona robiła dobre uniki. Gdy podeszłam dość blisko zaatakowała. Broniłam się łukiem bo nie miałam nic lepszego. Nie trwało to jednak długo. Po chwili Vaskotka zmieniła się w ogromnego czarnego łabędzia. Był prawie tak wielki jak ja. Machnął parę razy potężnymi skrzydłami i wzbił się w powietrze. - Cykor - zagwizdałam i zaraz znalazła się przy mnie Cometha, klacz pegaza. Wskoczyłam na nią i od razu ją popędziłam. Wzbiłyśmy się w powietrze i poleciałyśmy za czarnym łabędziem.
C.D.N.
piątek, 15 sierpnia 2014
niedziela, 10 sierpnia 2014
Od Imarsil
Nareszcie... Dellon zaczęło się rozrastać! Co prawda liczyło niewielu mieszkańców...właściwie to trójkę, ale pomijając ten fakt wiedziałam, że to się zmieni. I to już wkrótce. Niestety coś mnie niepokoiło w tym całym smoku Kath. Nie wiedziałam jeszcze, że czekają mnie większe zmartwienia. Zamknęłam oczy i zasnęłam.
Przez olbrzymie okna do mojej komnaty sypialnej wpadły jasne promienie słoneczne wybudzając mnie ze sny. Od razu podniosłam się i przetarłam zaspane oczy. Nie pamiętałam co mi się śniło, ale nie traciłam czasu na zastanawianie się nad tym. Dziś kolejny dzień! Może zawita do Dellon kolejny mieszkaniec?
Zgrabnie zeskoczyłam z wysokiego łoża i przeciągnęłam się. Rozprostowałam skrzydła i włożyłam pierwszą lepszą suknię wiszącą w mojej garderobie. Zbiegłam po schodach na dół do komnaty jadalnej. Było tam tak pusto i cicho. Żadnych, dworzan, żadnych kucharzy, żadnych służących. No ców...trzeba było sobie radzić samemu. Pstryknęłam palcami i na wielkim stole pojawił się obrus, kilka wspaniałych potraw nadających się na królewskie śniadanie, oraz talerz, sztućce i serwetka dla jednej osoby. Krzesło samo się odsunęło, a ja westchnęłam i usiadłam.
Dzień był piękny, słoneczny i pogodny. Jak to często bywa w lecie było wręcz gorąco. Moja zwiewna kolorowa suknia ciągnęła się za mną gdy szłam przez pusty rynek brukowany białą kostką. Gdzieś w oddali słyszałam piękną melodię Mycach niosącą się po całym dziedzińcu. Wszystko byłoby super gdyby nad moją głową nie pojawił się nagle jakiś cień. Spojrzałam w górę i gdybym nie była królową, której wielu rzeczy nie wypada, krzyknęłabym. Tuż nade mną leciał czarny smok. Zamknęłam oczy ale ten nie wylądował. Obok mnie wylądowała za to dziewczyna o jasnych włosach, jasnej cerze, czarnym stroju i skórzanej kurtce. Smok poleciał dalej i przysiadł na jednej z zamkowych wierz. Niestety zrobił to na tyle niezdarnie, że dachówki posypały się, a w dachu powstała niewielka dziura. Smok zdziwiony odleciał by usiąść na murze, tym razem nie czyniąc szkód.
- Oj - dziewczyna skrzywiła się. Była to oczywiście Kath. - Przepraszam.
Przez moment byłam załamana, ale zaraz odpowiedziałam.
- Nic nie szkodzi... - westchnęłam i znowu pstryknęłam palcami. Dziura w dachu załatała się z powrotem. - Ile ten smok ma lat? I skąd ty w ogóle zeskoczyłaś?
- Rukanor jest młody, ma 2000 lat.
- Dzięki, tyle co ja - zaśmiałam się. - Ale smoki zapewne liczą czas nieco inaczej, zgadza się?
- Tak. Pytałaś z czego zeskoczyłam. No więc właśnie z niego.
- Ja kto? Przecież to było strasznie wysoko!
- Nie dla mnie! Taka moc...A teraz lecę z powrotem....Ah! Miałam się spytać czy nie miałabyś przypadkiem jakiejś... torby? - tu pokazała swój chlebaczek przekładając rękę przez ogromną dziurę w jego dnie. - Rukanor się do niego dorwał - wyjaśniła widząc moją zdziwiona minę.
- Nie, przepraszam Kath, ale nie mam żadnej torby. Może jakąś znajdziesz na targu.
- Nie mam pieniędzy, wszystkie wydałam na najpotrzebniejsze rzeczy.
Zrobiło mi się jej żal. Wiedziałam, że Vaskoci rzadko kłamią więc wyciągnęłam z małej sakiewki, która miałam pod ręką sto ugli i podałam dziewczynie. Była całkowicie zaskoczona.
- Dziękuję królowo - powiedziała.
- Nie ma za co. Lubię pomagać innym. Tera zleć i kup sobie nową torbę.
Kath była naprawdę bardzo szczęśliwa. Zawołała Rukanora, wskoczyła na niego i tyle ich widziałam.
Przez olbrzymie okna do mojej komnaty sypialnej wpadły jasne promienie słoneczne wybudzając mnie ze sny. Od razu podniosłam się i przetarłam zaspane oczy. Nie pamiętałam co mi się śniło, ale nie traciłam czasu na zastanawianie się nad tym. Dziś kolejny dzień! Może zawita do Dellon kolejny mieszkaniec?
Zgrabnie zeskoczyłam z wysokiego łoża i przeciągnęłam się. Rozprostowałam skrzydła i włożyłam pierwszą lepszą suknię wiszącą w mojej garderobie. Zbiegłam po schodach na dół do komnaty jadalnej. Było tam tak pusto i cicho. Żadnych, dworzan, żadnych kucharzy, żadnych służących. No ców...trzeba było sobie radzić samemu. Pstryknęłam palcami i na wielkim stole pojawił się obrus, kilka wspaniałych potraw nadających się na królewskie śniadanie, oraz talerz, sztućce i serwetka dla jednej osoby. Krzesło samo się odsunęło, a ja westchnęłam i usiadłam.
Dzień był piękny, słoneczny i pogodny. Jak to często bywa w lecie było wręcz gorąco. Moja zwiewna kolorowa suknia ciągnęła się za mną gdy szłam przez pusty rynek brukowany białą kostką. Gdzieś w oddali słyszałam piękną melodię Mycach niosącą się po całym dziedzińcu. Wszystko byłoby super gdyby nad moją głową nie pojawił się nagle jakiś cień. Spojrzałam w górę i gdybym nie była królową, której wielu rzeczy nie wypada, krzyknęłabym. Tuż nade mną leciał czarny smok. Zamknęłam oczy ale ten nie wylądował. Obok mnie wylądowała za to dziewczyna o jasnych włosach, jasnej cerze, czarnym stroju i skórzanej kurtce. Smok poleciał dalej i przysiadł na jednej z zamkowych wierz. Niestety zrobił to na tyle niezdarnie, że dachówki posypały się, a w dachu powstała niewielka dziura. Smok zdziwiony odleciał by usiąść na murze, tym razem nie czyniąc szkód.
- Oj - dziewczyna skrzywiła się. Była to oczywiście Kath. - Przepraszam.
Przez moment byłam załamana, ale zaraz odpowiedziałam.
- Nic nie szkodzi... - westchnęłam i znowu pstryknęłam palcami. Dziura w dachu załatała się z powrotem. - Ile ten smok ma lat? I skąd ty w ogóle zeskoczyłaś?
- Rukanor jest młody, ma 2000 lat.
- Dzięki, tyle co ja - zaśmiałam się. - Ale smoki zapewne liczą czas nieco inaczej, zgadza się?
- Tak. Pytałaś z czego zeskoczyłam. No więc właśnie z niego.
- Ja kto? Przecież to było strasznie wysoko!
- Nie dla mnie! Taka moc...A teraz lecę z powrotem....Ah! Miałam się spytać czy nie miałabyś przypadkiem jakiejś... torby? - tu pokazała swój chlebaczek przekładając rękę przez ogromną dziurę w jego dnie. - Rukanor się do niego dorwał - wyjaśniła widząc moją zdziwiona minę.
- Nie, przepraszam Kath, ale nie mam żadnej torby. Może jakąś znajdziesz na targu.
- Nie mam pieniędzy, wszystkie wydałam na najpotrzebniejsze rzeczy.
Zrobiło mi się jej żal. Wiedziałam, że Vaskoci rzadko kłamią więc wyciągnęłam z małej sakiewki, która miałam pod ręką sto ugli i podałam dziewczynie. Była całkowicie zaskoczona.
- Dziękuję królowo - powiedziała.
- Nie ma za co. Lubię pomagać innym. Tera zleć i kup sobie nową torbę.
Kath była naprawdę bardzo szczęśliwa. Zawołała Rukanora, wskoczyła na niego i tyle ich widziałam.
Od Kath
Gdy się obudziłam, mijaliśmy chmury, a w dole przelatywały drzewa, domy, pola, łąki, jeziora i rzeki. Leżałam na wygodnym grzbiecie Rukanora, a słońce wschodziło zalewając niebo różowawym blaskiem gdzieś po prawej. Przed nami jednak rozciągało się ciemne, granatowe niebo, a gdzieś w oddali jaśniała gwiazda polarna blednąca w świetle dnia. Lecieliśmy wciąż na północ. Nie było żadnego wiatru, powietrze było chłodnawe, ale czuć było, że dzień zapowiada się gorący. Typowy letni poranek.
- Polecimy ponad chmurami - wyprostowałam się. Smok oczywiście mnie zrozumiał i wzbił się wyżej. Tu ponad chmurami było nieco chłodniej. Podniosłam się i kucnęłam na grzbiecie Rukanora rozglądając się uważnie. Na górze wiał wiatr. Zdecydowanie południowy. Spojrzałam w lewo za siebie i dostrzegłam na południu burzowe chmury. Będzie burza - pomyślałam i kazałam Rukanorowi znów zniżyć lot.
Gdy zostawiliśmy chmury w górze zaniemówiłam. Oto przed nami, na horyzoncie widniał ogromny biały zamek otoczony potężnymi murami nieco porośniętymi bluszczem. Poza murami rozciągały się pola i domy składające się na całkiem spore miasto. Wszystko to wyglądało bajecznie gdy tak z niezwykłą szybkością zbliżaliśmy się do miasta. To musiało być Dellon!
Kazałam Rukanorowi wylądować na środku czystego brukowanego dziedzińca. Zanim smok dotknął ziemi zsunęłam się po jego skrzydle i zgrabnie zeskoczyłam na ziemię - ćwiczyłam to wiele razy. Poprawiłam mój stary chlebak i spojrzałam na jakąś Elfkę i drugą dziewczynę stojącą tuż za nią. Elfka miała rude włosy i piękne szaty, a ta druga raczej skromne ubranie, ciemne włosy i szramę na oku. Smok zachowywał się trochę niespokojnie ale wiedziałam, że po prostu ich nie zna.
- Witaj - przywitała mnie Elfka po manedulańsku.
- Dzień dobry, czy to Dellon? - nauczyłam się tego zdania na pamięć, bo podczas mojej wędrówki wiele razy o to pytałam.
- Tak - Elfka uśmiechnęła się. - Jestem Imarsil, królowa Dellon, a to jest Mycach - tu wskazała tą drugą dziewczynę, która również się ze mną przywitała. - Ale co to za smok?
- Kim jesteś? - spytałam gdy już się zadomowiłam, a Mycach oprowadzała mnie po mieście.
- Jak to kim jestem? - chyba nie zrozumiała o co mi chodzi.
- Nie wyglądasz na Elfkę, więc kim jesteś?
- Ah o to ci chodzi! Jestem Mayoko, skrzypaczka, a...ty? Jesteś Vaskotką prawda?
- Tak - odparłam krótko.
Szłyśmy chwilę w milczeniu. Minęliśmy kilka węższych zaułków i dotarłyśmy na mały pusty placyk otoczony kilkoma ładnymi domkami. Mycach wskazała mi ten, w którym ona sama mieszkała. Weszłyśmy do środka. Wnętrze było dość skromne, ale ładne. Usiadłam na jednym z krzeseł, a Mycach zaparzyła jakieś zioła.
- Ten twój smok...ma jakieś imię?
- Rukanor. Boisz się go?
- Nie - odpowiedziała jakby zdziwiona tym pytaniem.
- Wydaje mi się, że Imarsil się go boi.
- Imarsil?!
- Pytała, czy niczego nie zniszczy i nie spali. Pytała czy jest posłuszny i czy nie będzie zjadał upraw.
- To normalne. Każdy by o to zapytał...
- Każdy kto się nie zna na smokach!
- Pokażesz mi go później? - spytała tylko po chwili.
Słońce błyszczało już wysoko na niebie. Niebo było czyste, może z wyjątkiem kilku białych obłoczków. Powietrze było nagrzane i duszne.
- Będzie burza - powiedziałam, przypominając sobie chmury, które widziałam rano.
- Skąd to wiesz? Niebo jest czyste - odparła Mycach idąca tuż obok mnie. W ręku niosła skrzypce i smyczek. Szłyśmy przez pola zbóż szukając polany, na której zmieściłby się Rukanor nie robiąc większych szkód. W tej chwili pewnie gdzieś sobie latał i polował na ptaki.
- Mam taki dar. Przewidywania pogody - odpowiedziałam z chytrym uśmieszkiem.
Wreszcie dotarłyśmy na piękną łąkę gdzie zawołałam mojego smoka po imieniu, ale w jego języku. Brzmiało to mniej więcej tak: Oella ess khh. Język smoków jest trudny i syczący. Nawet mi - Vaskotce - trudno było mówić w języku smoków, (zawsze jak mówiłam do zwierząt, one mnie po prostu rozumiały i odwrotnie) ale jego imienia nauczyłam się na pamięć.
Po chwili poczułam podmuch wiatru i Rukanor wylądował na polanie.
- Reaguje tylko na swój język? - spytała Mycach.
- Nie, na zwykłe Rukanor też reaguje - gdy wypowiedziałam jego imię on popatrzył na mnie wyczekująco. Potem jednak dostrzegł Mycach. Obnażył kły i przyjął pozycję bojową. Obie się cofnęłyśmy. Zaczęłam go uspokajać, wiedząc, że nie lubi obcych. Rukanor utkwił wzrok w Mycach i zionął ogniem. W pierwszej chwili byłam przerażona i zła, że mnie nie słucha, w drugiej pomyślałam, że jednak dobrze, że nie użył czarów, ale w trzeciej chwili stało się coś czego się nie spodziewałam. Mycach wykonała szybki i wydawać by się mogło nie znaczny ruch ręką, a strumień ognia zawrócił tuż przed nią i skierował się w bok, a następnie wyparował.
- Jak ty to? - spytałam zdziwiona.
- Moc panowania nad ogniem - powiedziała skromnie.
Już po piętnastu minutach Rukanor grzecznie spał obok nas ponieważ Mycach grała na swoich skrzypcach. Nie była to widać zwykłą melodia lecz magiczna. Taka, która usypia bestie...
- Polecimy ponad chmurami - wyprostowałam się. Smok oczywiście mnie zrozumiał i wzbił się wyżej. Tu ponad chmurami było nieco chłodniej. Podniosłam się i kucnęłam na grzbiecie Rukanora rozglądając się uważnie. Na górze wiał wiatr. Zdecydowanie południowy. Spojrzałam w lewo za siebie i dostrzegłam na południu burzowe chmury. Będzie burza - pomyślałam i kazałam Rukanorowi znów zniżyć lot.
Gdy zostawiliśmy chmury w górze zaniemówiłam. Oto przed nami, na horyzoncie widniał ogromny biały zamek otoczony potężnymi murami nieco porośniętymi bluszczem. Poza murami rozciągały się pola i domy składające się na całkiem spore miasto. Wszystko to wyglądało bajecznie gdy tak z niezwykłą szybkością zbliżaliśmy się do miasta. To musiało być Dellon!
Kazałam Rukanorowi wylądować na środku czystego brukowanego dziedzińca. Zanim smok dotknął ziemi zsunęłam się po jego skrzydle i zgrabnie zeskoczyłam na ziemię - ćwiczyłam to wiele razy. Poprawiłam mój stary chlebak i spojrzałam na jakąś Elfkę i drugą dziewczynę stojącą tuż za nią. Elfka miała rude włosy i piękne szaty, a ta druga raczej skromne ubranie, ciemne włosy i szramę na oku. Smok zachowywał się trochę niespokojnie ale wiedziałam, że po prostu ich nie zna.
- Witaj - przywitała mnie Elfka po manedulańsku.
- Dzień dobry, czy to Dellon? - nauczyłam się tego zdania na pamięć, bo podczas mojej wędrówki wiele razy o to pytałam.
- Tak - Elfka uśmiechnęła się. - Jestem Imarsil, królowa Dellon, a to jest Mycach - tu wskazała tą drugą dziewczynę, która również się ze mną przywitała. - Ale co to za smok?
- Kim jesteś? - spytałam gdy już się zadomowiłam, a Mycach oprowadzała mnie po mieście.
- Jak to kim jestem? - chyba nie zrozumiała o co mi chodzi.
- Nie wyglądasz na Elfkę, więc kim jesteś?
- Ah o to ci chodzi! Jestem Mayoko, skrzypaczka, a...ty? Jesteś Vaskotką prawda?
- Tak - odparłam krótko.
Szłyśmy chwilę w milczeniu. Minęliśmy kilka węższych zaułków i dotarłyśmy na mały pusty placyk otoczony kilkoma ładnymi domkami. Mycach wskazała mi ten, w którym ona sama mieszkała. Weszłyśmy do środka. Wnętrze było dość skromne, ale ładne. Usiadłam na jednym z krzeseł, a Mycach zaparzyła jakieś zioła.
- Ten twój smok...ma jakieś imię?
- Rukanor. Boisz się go?
- Nie - odpowiedziała jakby zdziwiona tym pytaniem.
- Wydaje mi się, że Imarsil się go boi.
- Imarsil?!
- Pytała, czy niczego nie zniszczy i nie spali. Pytała czy jest posłuszny i czy nie będzie zjadał upraw.
- To normalne. Każdy by o to zapytał...
- Każdy kto się nie zna na smokach!
- Pokażesz mi go później? - spytała tylko po chwili.
Słońce błyszczało już wysoko na niebie. Niebo było czyste, może z wyjątkiem kilku białych obłoczków. Powietrze było nagrzane i duszne.
- Będzie burza - powiedziałam, przypominając sobie chmury, które widziałam rano.
- Skąd to wiesz? Niebo jest czyste - odparła Mycach idąca tuż obok mnie. W ręku niosła skrzypce i smyczek. Szłyśmy przez pola zbóż szukając polany, na której zmieściłby się Rukanor nie robiąc większych szkód. W tej chwili pewnie gdzieś sobie latał i polował na ptaki.
- Mam taki dar. Przewidywania pogody - odpowiedziałam z chytrym uśmieszkiem.
Wreszcie dotarłyśmy na piękną łąkę gdzie zawołałam mojego smoka po imieniu, ale w jego języku. Brzmiało to mniej więcej tak: Oella ess khh. Język smoków jest trudny i syczący. Nawet mi - Vaskotce - trudno było mówić w języku smoków, (zawsze jak mówiłam do zwierząt, one mnie po prostu rozumiały i odwrotnie) ale jego imienia nauczyłam się na pamięć.
Po chwili poczułam podmuch wiatru i Rukanor wylądował na polanie.
- Reaguje tylko na swój język? - spytała Mycach.
- Nie, na zwykłe Rukanor też reaguje - gdy wypowiedziałam jego imię on popatrzył na mnie wyczekująco. Potem jednak dostrzegł Mycach. Obnażył kły i przyjął pozycję bojową. Obie się cofnęłyśmy. Zaczęłam go uspokajać, wiedząc, że nie lubi obcych. Rukanor utkwił wzrok w Mycach i zionął ogniem. W pierwszej chwili byłam przerażona i zła, że mnie nie słucha, w drugiej pomyślałam, że jednak dobrze, że nie użył czarów, ale w trzeciej chwili stało się coś czego się nie spodziewałam. Mycach wykonała szybki i wydawać by się mogło nie znaczny ruch ręką, a strumień ognia zawrócił tuż przed nią i skierował się w bok, a następnie wyparował.
- Jak ty to? - spytałam zdziwiona.
- Moc panowania nad ogniem - powiedziała skromnie.
Już po piętnastu minutach Rukanor grzecznie spał obok nas ponieważ Mycach grała na swoich skrzypcach. Nie była to widać zwykłą melodia lecz magiczna. Taka, która usypia bestie...
sobota, 9 sierpnia 2014
środa, 6 sierpnia 2014
Od Mycach
Wczesnym rankiem, jeszcze przed świtem obudziło mnie ćwierkanie ptaka tuż za oknem. Wstałam i zobaczywszy, że poprzedniego wieczoru zasnęłam w zwykłym ubraniu chwyciłam skrzypce i wyszłam na dwór. Usiadłam na ławce przed domem i zaczęłam grać. Sama uważałam, że gram dość ładnie ale nigdy się tym nie chwaliłam. Spokojna i trochę smutna muzyka odbijała się echem od murów królestwa i rozbrzmiewała na cichym dziedzińcu. Nie wiem ile tak grałam gdyż potrafiłam nawet cały dzień. Jednak gdy tylko słońce wychyliło z za kamiennych murów pierwsze swe promienie przestałam grać. Wstałam i zostawiwszy na ławce instrument wdrapałam się jak małe dziecko na drzewo. Stąd pięknie widać było wschodzące słońce, które swoim blaskiem (najpierw różowym, a później dopiero złotym) zalewa powoli całe niebo.
Po skromnym śniadaniu, na które składały się dwie kromki chleba z masłem pobiegłam do lasu (oczywiście zabierając z sobą skrzypce). Wyszłam za bramę i ruszyłam dróżką przez pola uprawne. Szlam pomiędzy zbożem falującym od lekkiego porannego wiatru, a później przez łąkę prosto do lasu.
Las należał do Dellon i mieszkało w nim wiele dziwacznych stworzeń, których nigdy nie widziałam. A uwierzcie mi widziałam wiele zwierząt! Handlarze przejeżdżający codziennie przez naszą osadę często mieli w klatkach najróżniejsze stwory z całego świata. Ale te w lesie w Dellon wydawały się jakieś inne, bardziej...dzikie. Usiadłam na kamieniu nad jeziorkiem w cieniu drzew i zaczęłam grać na skrzypcach. Grałam najpierw powoli i smutno jak zawsze, ale kiedy złoto-błękitne zwierzątka pływające w jeziorku wychyliły zaciekawione główki, zaczęłam grać nieco żywiej. I spodobało mi się! Uśmiechnęłam się, a małe niby-rybki podpływały coraz bliżej i wydawały się również być zadowolone. Nie byłam Vaskotką żeby określić czy im się podoba ale coś mi mówiło, że tak. Grałam coraz żywiej i weselej aż małe stworzonka, wyskoczyły z wody i zaczęły tańczyć w powietrzu jak Mayoko. Nawet przybrały kształty postaci, lecz pozostały w swoich niewielkich rozmiarach. Grałam im a one tańczyły w kółku i w parach i osobno. Skakały tuż nad taflą wody ale nie dotykając jej, a ta tymczasem wydała mi się być brukowanym dziedzińcem. Potem usłyszałam ich śmiechy. Też zaczęłam się śmiać i nagle stało się coś dziwnego: smyczek zajął się ogniem tak samo jak struny w miejscu, w którym ich dotykał, ale ja się nie przestraszyłam ponieważ wiedziałam, że jestem odporna na ogień. Wręcz przeciwnie, byłam zachwycona i grałam jeszcze weselej.
Dmuchnęłam w smyczek i jeden z płomieni zatańczył wokół mnie po czym powrócił do palenia skrzypiec. Zaraz! On ich nie palił. Dopiero teraz zrozumiałam, że skrzypce musza być ze mną jakoś związane ponieważ stały się zaczarowane. Tak jak ja były odporne na ogień. I musiało być coś jeszcze, kiedy zaczęłam żywiej grać ogień pojawił się na skrzypcach. Dotychczas zawsze grałam może nie tyle co smutne ale spokojne melodie. Rzadko grałam coś żywszego na rynku w mojej starej osadzie, ale widocznie nie było to na tyle wesołe by smyczek wystrzelił płomieniami.
CDN
Po skromnym śniadaniu, na które składały się dwie kromki chleba z masłem pobiegłam do lasu (oczywiście zabierając z sobą skrzypce). Wyszłam za bramę i ruszyłam dróżką przez pola uprawne. Szlam pomiędzy zbożem falującym od lekkiego porannego wiatru, a później przez łąkę prosto do lasu.
Las należał do Dellon i mieszkało w nim wiele dziwacznych stworzeń, których nigdy nie widziałam. A uwierzcie mi widziałam wiele zwierząt! Handlarze przejeżdżający codziennie przez naszą osadę często mieli w klatkach najróżniejsze stwory z całego świata. Ale te w lesie w Dellon wydawały się jakieś inne, bardziej...dzikie. Usiadłam na kamieniu nad jeziorkiem w cieniu drzew i zaczęłam grać na skrzypcach. Grałam najpierw powoli i smutno jak zawsze, ale kiedy złoto-błękitne zwierzątka pływające w jeziorku wychyliły zaciekawione główki, zaczęłam grać nieco żywiej. I spodobało mi się! Uśmiechnęłam się, a małe niby-rybki podpływały coraz bliżej i wydawały się również być zadowolone. Nie byłam Vaskotką żeby określić czy im się podoba ale coś mi mówiło, że tak. Grałam coraz żywiej i weselej aż małe stworzonka, wyskoczyły z wody i zaczęły tańczyć w powietrzu jak Mayoko. Nawet przybrały kształty postaci, lecz pozostały w swoich niewielkich rozmiarach. Grałam im a one tańczyły w kółku i w parach i osobno. Skakały tuż nad taflą wody ale nie dotykając jej, a ta tymczasem wydała mi się być brukowanym dziedzińcem. Potem usłyszałam ich śmiechy. Też zaczęłam się śmiać i nagle stało się coś dziwnego: smyczek zajął się ogniem tak samo jak struny w miejscu, w którym ich dotykał, ale ja się nie przestraszyłam ponieważ wiedziałam, że jestem odporna na ogień. Wręcz przeciwnie, byłam zachwycona i grałam jeszcze weselej.
Dmuchnęłam w smyczek i jeden z płomieni zatańczył wokół mnie po czym powrócił do palenia skrzypiec. Zaraz! On ich nie palił. Dopiero teraz zrozumiałam, że skrzypce musza być ze mną jakoś związane ponieważ stały się zaczarowane. Tak jak ja były odporne na ogień. I musiało być coś jeszcze, kiedy zaczęłam żywiej grać ogień pojawił się na skrzypcach. Dotychczas zawsze grałam może nie tyle co smutne ale spokojne melodie. Rzadko grałam coś żywszego na rynku w mojej starej osadzie, ale widocznie nie było to na tyle wesołe by smyczek wystrzelił płomieniami.
CDN
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)