środa, 6 sierpnia 2014

Od Mycach

    Wczesnym rankiem, jeszcze przed świtem obudziło mnie ćwierkanie ptaka tuż za oknem. Wstałam  i zobaczywszy, że poprzedniego wieczoru zasnęłam w zwykłym ubraniu chwyciłam skrzypce i wyszłam na dwór. Usiadłam na ławce przed domem i zaczęłam grać. Sama uważałam, że gram dość ładnie ale nigdy się tym nie chwaliłam. Spokojna i trochę smutna muzyka odbijała się echem od murów królestwa i rozbrzmiewała na cichym dziedzińcu. Nie wiem ile tak grałam gdyż potrafiłam nawet cały dzień. Jednak gdy tylko słońce wychyliło z za kamiennych murów pierwsze swe promienie przestałam grać. Wstałam i zostawiwszy na ławce instrument wdrapałam się jak małe dziecko na drzewo. Stąd pięknie widać było wschodzące słońce, które swoim blaskiem (najpierw różowym, a później dopiero złotym) zalewa powoli całe niebo.
    Po skromnym śniadaniu, na które składały się dwie kromki chleba z masłem pobiegłam do lasu (oczywiście zabierając z sobą skrzypce). Wyszłam za bramę i ruszyłam dróżką przez pola uprawne. Szlam pomiędzy zbożem falującym od lekkiego porannego wiatru, a później przez łąkę prosto do lasu.
    Las należał do Dellon i mieszkało w nim wiele dziwacznych stworzeń, których nigdy nie widziałam. A uwierzcie mi widziałam wiele zwierząt! Handlarze przejeżdżający codziennie przez naszą osadę często mieli w klatkach najróżniejsze stwory z całego świata. Ale te w lesie w Dellon wydawały się jakieś inne, bardziej...dzikie. Usiadłam na kamieniu nad jeziorkiem w cieniu drzew i zaczęłam grać na skrzypcach. Grałam najpierw powoli i smutno jak zawsze, ale kiedy złoto-błękitne zwierzątka pływające w jeziorku wychyliły zaciekawione główki, zaczęłam grać nieco żywiej. I spodobało mi się! Uśmiechnęłam się, a małe niby-rybki podpływały coraz bliżej i wydawały się również być zadowolone. Nie byłam Vaskotką żeby określić czy im się podoba ale coś mi mówiło, że tak. Grałam coraz żywiej i weselej aż małe stworzonka, wyskoczyły z wody i zaczęły tańczyć w powietrzu jak Mayoko. Nawet przybrały kształty postaci, lecz pozostały w swoich niewielkich rozmiarach. Grałam im a one tańczyły w kółku i w parach i osobno. Skakały tuż nad taflą wody ale nie dotykając jej, a ta tymczasem wydała mi się być brukowanym dziedzińcem. Potem usłyszałam ich śmiechy. Też zaczęłam się śmiać i nagle stało się coś dziwnego: smyczek zajął się ogniem tak samo jak struny w miejscu, w którym ich dotykał, ale ja się nie przestraszyłam ponieważ wiedziałam, że jestem odporna na ogień. Wręcz przeciwnie, byłam zachwycona i grałam jeszcze weselej.
    Dmuchnęłam w smyczek i jeden z płomieni zatańczył wokół mnie po czym powrócił do palenia skrzypiec. Zaraz! On ich nie palił. Dopiero teraz zrozumiałam, że skrzypce musza być ze mną jakoś związane ponieważ stały się zaczarowane. Tak jak ja były odporne na ogień. I musiało być coś jeszcze, kiedy zaczęłam żywiej grać ogień pojawił się na skrzypcach. Dotychczas zawsze grałam może nie tyle co smutne ale spokojne melodie. Rzadko grałam coś żywszego na rynku w mojej starej osadzie, ale widocznie nie było to na tyle wesołe by smyczek wystrzelił płomieniami.

CDN

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz