Gdy się obudziłam, mijaliśmy chmury, a w dole przelatywały drzewa, domy, pola, łąki, jeziora i rzeki. Leżałam na wygodnym grzbiecie Rukanora, a słońce wschodziło zalewając niebo różowawym blaskiem gdzieś po prawej. Przed nami jednak rozciągało się ciemne, granatowe niebo, a gdzieś w oddali jaśniała gwiazda polarna blednąca w świetle dnia. Lecieliśmy wciąż na północ. Nie było żadnego wiatru, powietrze było chłodnawe, ale czuć było, że dzień zapowiada się gorący. Typowy letni poranek.
- Polecimy ponad chmurami - wyprostowałam się. Smok oczywiście mnie zrozumiał i wzbił się wyżej. Tu ponad chmurami było nieco chłodniej. Podniosłam się i kucnęłam na grzbiecie Rukanora rozglądając się uważnie. Na górze wiał wiatr. Zdecydowanie południowy. Spojrzałam w lewo za siebie i dostrzegłam na południu burzowe chmury. Będzie burza - pomyślałam i kazałam Rukanorowi znów zniżyć lot.
Gdy zostawiliśmy chmury w górze zaniemówiłam. Oto przed nami, na horyzoncie widniał ogromny biały zamek otoczony potężnymi murami nieco porośniętymi bluszczem. Poza murami rozciągały się pola i domy składające się na całkiem spore miasto. Wszystko to wyglądało bajecznie gdy tak z niezwykłą szybkością zbliżaliśmy się do miasta. To musiało być Dellon!
Kazałam Rukanorowi wylądować na środku czystego brukowanego dziedzińca. Zanim smok dotknął ziemi zsunęłam się po jego skrzydle i zgrabnie zeskoczyłam na ziemię - ćwiczyłam to wiele razy. Poprawiłam mój stary chlebak i spojrzałam na jakąś Elfkę i drugą dziewczynę stojącą tuż za nią. Elfka miała rude włosy i piękne szaty, a ta druga raczej skromne ubranie, ciemne włosy i szramę na oku. Smok zachowywał się trochę niespokojnie ale wiedziałam, że po prostu ich nie zna.
- Witaj - przywitała mnie Elfka po manedulańsku.
- Dzień dobry, czy to Dellon? - nauczyłam się tego zdania na pamięć, bo podczas mojej wędrówki wiele razy o to pytałam.
- Tak - Elfka uśmiechnęła się. - Jestem Imarsil, królowa Dellon, a to jest Mycach - tu wskazała tą drugą dziewczynę, która również się ze mną przywitała. - Ale co to za smok?
- Kim jesteś? - spytałam gdy już się zadomowiłam, a Mycach oprowadzała mnie po mieście.
- Jak to kim jestem? - chyba nie zrozumiała o co mi chodzi.
- Nie wyglądasz na Elfkę, więc kim jesteś?
- Ah o to ci chodzi! Jestem Mayoko, skrzypaczka, a...ty? Jesteś Vaskotką prawda?
- Tak - odparłam krótko.
Szłyśmy chwilę w milczeniu. Minęliśmy kilka węższych zaułków i dotarłyśmy na mały pusty placyk otoczony kilkoma ładnymi domkami. Mycach wskazała mi ten, w którym ona sama mieszkała. Weszłyśmy do środka. Wnętrze było dość skromne, ale ładne. Usiadłam na jednym z krzeseł, a Mycach zaparzyła jakieś zioła.
- Ten twój smok...ma jakieś imię?
- Rukanor. Boisz się go?
- Nie - odpowiedziała jakby zdziwiona tym pytaniem.
- Wydaje mi się, że Imarsil się go boi.
- Imarsil?!
- Pytała, czy niczego nie zniszczy i nie spali. Pytała czy jest posłuszny i czy nie będzie zjadał upraw.
- To normalne. Każdy by o to zapytał...
- Każdy kto się nie zna na smokach!
- Pokażesz mi go później? - spytała tylko po chwili.
Słońce błyszczało już wysoko na niebie. Niebo było czyste, może z wyjątkiem kilku białych obłoczków. Powietrze było nagrzane i duszne.
- Będzie burza - powiedziałam, przypominając sobie chmury, które widziałam rano.
- Skąd to wiesz? Niebo jest czyste - odparła Mycach idąca tuż obok mnie. W ręku niosła skrzypce i smyczek. Szłyśmy przez pola zbóż szukając polany, na której zmieściłby się Rukanor nie robiąc większych szkód. W tej chwili pewnie gdzieś sobie latał i polował na ptaki.
- Mam taki dar. Przewidywania pogody - odpowiedziałam z chytrym uśmieszkiem.
Wreszcie dotarłyśmy na piękną łąkę gdzie zawołałam mojego smoka po imieniu, ale w jego języku. Brzmiało to mniej więcej tak: Oella ess khh. Język smoków jest trudny i syczący. Nawet mi - Vaskotce - trudno było mówić w języku smoków, (zawsze jak mówiłam do zwierząt, one mnie po prostu rozumiały i odwrotnie) ale jego imienia nauczyłam się na pamięć.
Po chwili poczułam podmuch wiatru i Rukanor wylądował na polanie.
- Reaguje tylko na swój język? - spytała Mycach.
- Nie, na zwykłe Rukanor też reaguje - gdy wypowiedziałam jego imię on popatrzył na mnie wyczekująco. Potem jednak dostrzegł Mycach. Obnażył kły i przyjął pozycję bojową. Obie się cofnęłyśmy. Zaczęłam go uspokajać, wiedząc, że nie lubi obcych. Rukanor utkwił wzrok w Mycach i zionął ogniem. W pierwszej chwili byłam przerażona i zła, że mnie nie słucha, w drugiej pomyślałam, że jednak dobrze, że nie użył czarów, ale w trzeciej chwili stało się coś czego się nie spodziewałam. Mycach wykonała szybki i wydawać by się mogło nie znaczny ruch ręką, a strumień ognia zawrócił tuż przed nią i skierował się w bok, a następnie wyparował.
- Jak ty to? - spytałam zdziwiona.
- Moc panowania nad ogniem - powiedziała skromnie.
Już po piętnastu minutach Rukanor grzecznie spał obok nas ponieważ Mycach grała na swoich skrzypcach. Nie była to widać zwykłą melodia lecz magiczna. Taka, która usypia bestie...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz