Wstałam rano i postanowiłam się przejść. Nic się nie działa więc zawołałam mojego smoka Wind.
- Hej kochana. - powiedziałam.
- Witaj, jestem Ci potrzebna?
- Nie chciałam tylko miło spędzić czas. Mogłabyś mnie tam zabrać?
Wskazałam jej klif z widokiem na morze.
- Jasne!
Wsiadłam na Wind i poleciałyśmy. "Na jej grzbiecie wszystko wydaje się piękniejsze" pomyślałam i przymknęłam oczy. Gdy dotarłyśmy patrzyłyśmy na piękne wieczorne morze.
- Zobacz tam - wskazałam jej jakieś miasto. - Co to jest?
- Nie wiem
Chwilkę później zza krzaków usłyszałam jakieś szmery i kazałam Wind się schować.
- Kim jesteś? Odpowiedz mi! - powiedziałam do istoty schowanej za krzakami.
- Witam cię - powiedziała wychylająca się zza krzaków elfka. - Jestem Imarsil, a ty?
- Ksandia, jestem Vaskotką.
- Ooo, to zapraszam cię do Dellon.
- Do czego?
- Dellon, to moje miasto o tam - wskazała mi miasto, któremu się przyglądałam.
- A moja towarzyszka też może się wybrać?
- Tak a gdzie ona jest?
- Za Tobą
Elfka odwróciła się i zobaczyła smoka.
- Aaaaaaaa - krzyknęła i odleciała kawałek.
- Spokojnie, ona nie jest groźna.
- Ale to smok!!
- Tak, ale jest miła, no dobrze chodźmy do miasta.
- Dobrze.
piątek, 19 września 2014
czwartek, 18 września 2014
czwartek, 11 września 2014
Od Greeny C.D.
Leciałam za łabędzie mi smokiem z niewiarygodną prędkością, a i tak nie mogłam ich dogonić. Byłam wściekła na tę dziewczynę. Znów strzeliłam i tym razem strzała chodź lekko drasnęła wierzch skrzydła łabędzia. Ptak runął w dół, a ja za nim. Co mnie zdziwiło? A to, że w połowie drogi na ziemię łabędzica przemieniła się z powrotem w dziewczynę i zaczęła swobodnie spadać niczego się nie bojąc! Smok poleciał gdzieś dalej, a my tym czasem zbliżałyśmy się do białych murów pustego miasta. Wiatr świszczał mi w uszach, a piorunujący wzrok utkwiłam w spadającej Vaskotce. Przedemną ukazał się brukowanych dziedziniec miasta po jednej stronie muru i wiejskie drogi po drógiej. Lecieliśmy prosto na jedną z tych dróg. Już myślałam, że dziewczyna się zabije i nie będę miała tego zaszczytu kiedy ta o dziwo wylądowała miękko na drodze. Stanęła na nogi bez najmniejszego siniaka. To było dziwne, naprawdę, ale widziałam dziwniejsze rzeczy. Cometha wylądowała na drodze ze stukotem kopyt, a ja odczekałam do puki się nie zatrzyma i powiedziałam patrząc na Vaskotkę z wyższością.
- I co? Że jak umiesz spadać z nieba to niby jesteś taka super, co?
- Co ty gadasz w ogóle? Przestań po prostu atakować moje zwierzę! - wtedy zobaczyłam, że z jej prawego ramienia cieknie krew i uśmiechnęłam się pod nosem. Jednak w tej chwili przez otwartą bramę wyszła jakaś Elfka. W jej długie rude włosy wplecione było całe mnóstwo kwiatów, a na głowie nosiła delikatną koronę z roślin i kamieni szlachetnych, na której widok moje oczy rozbłysła chciwością. Jej długa suknia mieniła się tysiącem barw, a ona sama wyglądała na tak zadbaną i bogatą, a jednocześnie niezwykle skromną i mądrą. To musiała być królowa. Królowa tego oto miasta.
- Co tu się dzieje?! - spytała lekko zdenerwowana.
- To - tu Vaskotka wskazała na mnie - się dzieje!
- Kim jesteś? - zwróciła się do mnie Elfka.
- Greena, wasza wysokość - odparłam, zeskoczyłam z Comethy i ukłoniłam się niezgrabnie. Królowa wyglądała na zaskoczoną.
- Imarsil - odpowiedziała - nie musisz mi się kłaniać.
- Ależ dla czego? To zaszczyt! - zaprotestowałam. To oczywiste, że kłamałam, a jakżeby inaczej! Bo w końcu czemu miałabym być miła dla królowej jakiegoś małego, nowego miasteczka? Nie lepiej je sprytnie okraść i zwiewać?! Czy nie na tym polega życie Piratów i Łowców?
- O co ci chodzi Kath? - Imarsil zwróciła się do Vaskotki. - Ta dziewczyna jest bardzo miła, przyjmiemy ją do miasta - z tym ostatnim zwróciła się już do nas obu. No dobra, plan się zmienił, ja wcale nie chciałam dołanczać do jakiegoś miasta! Ale trudno, w takim razie jest jeszcze lepiej, bo zadomowię się i znajdę okazję na ustrzelenie smoka!
- Ale ona chciała zapolować na Rukanora - protestowała Kath, a Imarsil wydała się być trochę zaskoczona, a trochę jakby przestraszona.... Jakby bała się tej bestii, zarazem cennej zdobyczy...
- Z jakiego rodu pochodzisz? - spytała mnie królowa.
- Jestem Łowczynią Dusz, ale moją matką była Piratka - osparłam spokojnie.
- Oh - wydusiła Imarsil. Czyżby podejżewałam MNIE o możliwość kradzieży lub oszustwa? Mnie? -No cóż... Zatem witam w Dellon - powiedziała z lekką niepewnością w głosie.
- I co? Że jak umiesz spadać z nieba to niby jesteś taka super, co?
- Co ty gadasz w ogóle? Przestań po prostu atakować moje zwierzę! - wtedy zobaczyłam, że z jej prawego ramienia cieknie krew i uśmiechnęłam się pod nosem. Jednak w tej chwili przez otwartą bramę wyszła jakaś Elfka. W jej długie rude włosy wplecione było całe mnóstwo kwiatów, a na głowie nosiła delikatną koronę z roślin i kamieni szlachetnych, na której widok moje oczy rozbłysła chciwością. Jej długa suknia mieniła się tysiącem barw, a ona sama wyglądała na tak zadbaną i bogatą, a jednocześnie niezwykle skromną i mądrą. To musiała być królowa. Królowa tego oto miasta.
- Co tu się dzieje?! - spytała lekko zdenerwowana.
- To - tu Vaskotka wskazała na mnie - się dzieje!
- Kim jesteś? - zwróciła się do mnie Elfka.
- Greena, wasza wysokość - odparłam, zeskoczyłam z Comethy i ukłoniłam się niezgrabnie. Królowa wyglądała na zaskoczoną.
- Imarsil - odpowiedziała - nie musisz mi się kłaniać.
- Ależ dla czego? To zaszczyt! - zaprotestowałam. To oczywiste, że kłamałam, a jakżeby inaczej! Bo w końcu czemu miałabym być miła dla królowej jakiegoś małego, nowego miasteczka? Nie lepiej je sprytnie okraść i zwiewać?! Czy nie na tym polega życie Piratów i Łowców?
- O co ci chodzi Kath? - Imarsil zwróciła się do Vaskotki. - Ta dziewczyna jest bardzo miła, przyjmiemy ją do miasta - z tym ostatnim zwróciła się już do nas obu. No dobra, plan się zmienił, ja wcale nie chciałam dołanczać do jakiegoś miasta! Ale trudno, w takim razie jest jeszcze lepiej, bo zadomowię się i znajdę okazję na ustrzelenie smoka!
- Ale ona chciała zapolować na Rukanora - protestowała Kath, a Imarsil wydała się być trochę zaskoczona, a trochę jakby przestraszona.... Jakby bała się tej bestii, zarazem cennej zdobyczy...
- Z jakiego rodu pochodzisz? - spytała mnie królowa.
- Jestem Łowczynią Dusz, ale moją matką była Piratka - osparłam spokojnie.
- Oh - wydusiła Imarsil. Czyżby podejżewałam MNIE o możliwość kradzieży lub oszustwa? Mnie? -No cóż... Zatem witam w Dellon - powiedziała z lekką niepewnością w głosie.
piątek, 15 sierpnia 2014
Od Greeny
Dzień był chłodny, jak na lato, na niebie zbierały się burzowe chmury. Cometha szła wiernie tuż za mną, a ja kroczyłam przez gęste krzaki i zarośla torując sobie drogę rękami. Nie miałam żadnej broni oprócz mojego łuku. Żadnego miecza, nawet sztyletu, noża nie miałam! Nic! To koszmar, ale trzeba było sobie jakoś radzić. Po dłużej chwili wyszłam z lasu i trafiłam nad jezioro. Kazałam pegazowi zostać, a sama ruszyłam przez tatarak. Wyczuwałam coś...coś dużego...smoka!
Przedarłam się przez gęste zielska i stanęłam po kolana w jeziorze. Zaraz jednak schowałam się z powrotem, wyjęłam strzałę i napięłam łuk. Oto co zobaczyłam: na sporej wyspie na środku jeziora leżał młody smok cienia. Nie spał, ale odpoczywał najprawdopodobniej po jedzeniu. Oczy mi rozbłysły, wycelowałam w smoka i już miałam go zastrzelić kiedy usłyszałam głos dochodząc z tyłu. Odwróciłam się i skierowałam łuk prosto w nos jakiejś dziewczyny wyglądającej na taką w moim wieku. Miała jasne włosy i cerę oraz czarną suknię wykonaną z ptasich piór. Opuściłam łuk.
- Nie strzelaj do niego - powiedziała spokojnym tonem.
- To smok! - zaprotestowałam.
- To mój smok! - przerwała mi. Już wiedziałam kim jest.
- Vaskoci... - rzuciłam z niechęcią. Dziewczyna wyminęła mnie i podeszła bliżej wyspy, na której leżał smok Dopiero teraz spostrzegłam, że idzie po wodzie. Gdy smok ją zobaczył wstał i podleciał, a następnie przysiadł w wodzie tuż obok niej robiąc przy tym niezłe fale. Dziewczyna usiadła na wodzie i pogłaskała smoka. Na ten widok prawie zwymiotowałam. Przecież to bestia! Jak tak można! To się zabija, a nie głaszcze!
- Słuchaj! Odsuń się albo zastrzelę i ciebie - rzuciłam i znowu zaczęłam mierzyć w smoka. Ten cofnął się i ryknął.
- Rozzłościsz go! - krzyknęła tamta.
- Oj straszne - odparłam sarkastycznie, ale w tym momencie smok zionął ogniem i odleciał. Zrobiłam unik, a następnie nie wahając się strzeliłam. Vaskotka krzyknęła, ale niestety (a na jej szczęście) strzała przeleciała kawałek od jego skrzydła. Gdy znów założyłam strzałę, Vaskotka wyjęła miecz. Skąd ona go wzięła? Tego nie wiedziałam, ale wiedziałam, że jest zła, a ja nie mam czym walczyć. Strzeliłam. Dziewczyna zrobiła unik. To było nie fair, ja zawsze trafiałam! Zbliżałam się do niej cały czas strzelając, ale ona robiła dobre uniki. Gdy podeszłam dość blisko zaatakowała. Broniłam się łukiem bo nie miałam nic lepszego. Nie trwało to jednak długo. Po chwili Vaskotka zmieniła się w ogromnego czarnego łabędzia. Był prawie tak wielki jak ja. Machnął parę razy potężnymi skrzydłami i wzbił się w powietrze. - Cykor - zagwizdałam i zaraz znalazła się przy mnie Cometha, klacz pegaza. Wskoczyłam na nią i od razu ją popędziłam. Wzbiłyśmy się w powietrze i poleciałyśmy za czarnym łabędziem.
C.D.N.
Przedarłam się przez gęste zielska i stanęłam po kolana w jeziorze. Zaraz jednak schowałam się z powrotem, wyjęłam strzałę i napięłam łuk. Oto co zobaczyłam: na sporej wyspie na środku jeziora leżał młody smok cienia. Nie spał, ale odpoczywał najprawdopodobniej po jedzeniu. Oczy mi rozbłysły, wycelowałam w smoka i już miałam go zastrzelić kiedy usłyszałam głos dochodząc z tyłu. Odwróciłam się i skierowałam łuk prosto w nos jakiejś dziewczyny wyglądającej na taką w moim wieku. Miała jasne włosy i cerę oraz czarną suknię wykonaną z ptasich piór. Opuściłam łuk.
- Nie strzelaj do niego - powiedziała spokojnym tonem.
- To smok! - zaprotestowałam.
- To mój smok! - przerwała mi. Już wiedziałam kim jest.
- Vaskoci... - rzuciłam z niechęcią. Dziewczyna wyminęła mnie i podeszła bliżej wyspy, na której leżał smok Dopiero teraz spostrzegłam, że idzie po wodzie. Gdy smok ją zobaczył wstał i podleciał, a następnie przysiadł w wodzie tuż obok niej robiąc przy tym niezłe fale. Dziewczyna usiadła na wodzie i pogłaskała smoka. Na ten widok prawie zwymiotowałam. Przecież to bestia! Jak tak można! To się zabija, a nie głaszcze!
- Słuchaj! Odsuń się albo zastrzelę i ciebie - rzuciłam i znowu zaczęłam mierzyć w smoka. Ten cofnął się i ryknął.
- Rozzłościsz go! - krzyknęła tamta.
- Oj straszne - odparłam sarkastycznie, ale w tym momencie smok zionął ogniem i odleciał. Zrobiłam unik, a następnie nie wahając się strzeliłam. Vaskotka krzyknęła, ale niestety (a na jej szczęście) strzała przeleciała kawałek od jego skrzydła. Gdy znów założyłam strzałę, Vaskotka wyjęła miecz. Skąd ona go wzięła? Tego nie wiedziałam, ale wiedziałam, że jest zła, a ja nie mam czym walczyć. Strzeliłam. Dziewczyna zrobiła unik. To było nie fair, ja zawsze trafiałam! Zbliżałam się do niej cały czas strzelając, ale ona robiła dobre uniki. Gdy podeszłam dość blisko zaatakowała. Broniłam się łukiem bo nie miałam nic lepszego. Nie trwało to jednak długo. Po chwili Vaskotka zmieniła się w ogromnego czarnego łabędzia. Był prawie tak wielki jak ja. Machnął parę razy potężnymi skrzydłami i wzbił się w powietrze. - Cykor - zagwizdałam i zaraz znalazła się przy mnie Cometha, klacz pegaza. Wskoczyłam na nią i od razu ją popędziłam. Wzbiłyśmy się w powietrze i poleciałyśmy za czarnym łabędziem.
C.D.N.
niedziela, 10 sierpnia 2014
Od Imarsil
Nareszcie... Dellon zaczęło się rozrastać! Co prawda liczyło niewielu mieszkańców...właściwie to trójkę, ale pomijając ten fakt wiedziałam, że to się zmieni. I to już wkrótce. Niestety coś mnie niepokoiło w tym całym smoku Kath. Nie wiedziałam jeszcze, że czekają mnie większe zmartwienia. Zamknęłam oczy i zasnęłam.
Przez olbrzymie okna do mojej komnaty sypialnej wpadły jasne promienie słoneczne wybudzając mnie ze sny. Od razu podniosłam się i przetarłam zaspane oczy. Nie pamiętałam co mi się śniło, ale nie traciłam czasu na zastanawianie się nad tym. Dziś kolejny dzień! Może zawita do Dellon kolejny mieszkaniec?
Zgrabnie zeskoczyłam z wysokiego łoża i przeciągnęłam się. Rozprostowałam skrzydła i włożyłam pierwszą lepszą suknię wiszącą w mojej garderobie. Zbiegłam po schodach na dół do komnaty jadalnej. Było tam tak pusto i cicho. Żadnych, dworzan, żadnych kucharzy, żadnych służących. No ców...trzeba było sobie radzić samemu. Pstryknęłam palcami i na wielkim stole pojawił się obrus, kilka wspaniałych potraw nadających się na królewskie śniadanie, oraz talerz, sztućce i serwetka dla jednej osoby. Krzesło samo się odsunęło, a ja westchnęłam i usiadłam.
Dzień był piękny, słoneczny i pogodny. Jak to często bywa w lecie było wręcz gorąco. Moja zwiewna kolorowa suknia ciągnęła się za mną gdy szłam przez pusty rynek brukowany białą kostką. Gdzieś w oddali słyszałam piękną melodię Mycach niosącą się po całym dziedzińcu. Wszystko byłoby super gdyby nad moją głową nie pojawił się nagle jakiś cień. Spojrzałam w górę i gdybym nie była królową, której wielu rzeczy nie wypada, krzyknęłabym. Tuż nade mną leciał czarny smok. Zamknęłam oczy ale ten nie wylądował. Obok mnie wylądowała za to dziewczyna o jasnych włosach, jasnej cerze, czarnym stroju i skórzanej kurtce. Smok poleciał dalej i przysiadł na jednej z zamkowych wierz. Niestety zrobił to na tyle niezdarnie, że dachówki posypały się, a w dachu powstała niewielka dziura. Smok zdziwiony odleciał by usiąść na murze, tym razem nie czyniąc szkód.
- Oj - dziewczyna skrzywiła się. Była to oczywiście Kath. - Przepraszam.
Przez moment byłam załamana, ale zaraz odpowiedziałam.
- Nic nie szkodzi... - westchnęłam i znowu pstryknęłam palcami. Dziura w dachu załatała się z powrotem. - Ile ten smok ma lat? I skąd ty w ogóle zeskoczyłaś?
- Rukanor jest młody, ma 2000 lat.
- Dzięki, tyle co ja - zaśmiałam się. - Ale smoki zapewne liczą czas nieco inaczej, zgadza się?
- Tak. Pytałaś z czego zeskoczyłam. No więc właśnie z niego.
- Ja kto? Przecież to było strasznie wysoko!
- Nie dla mnie! Taka moc...A teraz lecę z powrotem....Ah! Miałam się spytać czy nie miałabyś przypadkiem jakiejś... torby? - tu pokazała swój chlebaczek przekładając rękę przez ogromną dziurę w jego dnie. - Rukanor się do niego dorwał - wyjaśniła widząc moją zdziwiona minę.
- Nie, przepraszam Kath, ale nie mam żadnej torby. Może jakąś znajdziesz na targu.
- Nie mam pieniędzy, wszystkie wydałam na najpotrzebniejsze rzeczy.
Zrobiło mi się jej żal. Wiedziałam, że Vaskoci rzadko kłamią więc wyciągnęłam z małej sakiewki, która miałam pod ręką sto ugli i podałam dziewczynie. Była całkowicie zaskoczona.
- Dziękuję królowo - powiedziała.
- Nie ma za co. Lubię pomagać innym. Tera zleć i kup sobie nową torbę.
Kath była naprawdę bardzo szczęśliwa. Zawołała Rukanora, wskoczyła na niego i tyle ich widziałam.
Przez olbrzymie okna do mojej komnaty sypialnej wpadły jasne promienie słoneczne wybudzając mnie ze sny. Od razu podniosłam się i przetarłam zaspane oczy. Nie pamiętałam co mi się śniło, ale nie traciłam czasu na zastanawianie się nad tym. Dziś kolejny dzień! Może zawita do Dellon kolejny mieszkaniec?
Zgrabnie zeskoczyłam z wysokiego łoża i przeciągnęłam się. Rozprostowałam skrzydła i włożyłam pierwszą lepszą suknię wiszącą w mojej garderobie. Zbiegłam po schodach na dół do komnaty jadalnej. Było tam tak pusto i cicho. Żadnych, dworzan, żadnych kucharzy, żadnych służących. No ców...trzeba było sobie radzić samemu. Pstryknęłam palcami i na wielkim stole pojawił się obrus, kilka wspaniałych potraw nadających się na królewskie śniadanie, oraz talerz, sztućce i serwetka dla jednej osoby. Krzesło samo się odsunęło, a ja westchnęłam i usiadłam.
Dzień był piękny, słoneczny i pogodny. Jak to często bywa w lecie było wręcz gorąco. Moja zwiewna kolorowa suknia ciągnęła się za mną gdy szłam przez pusty rynek brukowany białą kostką. Gdzieś w oddali słyszałam piękną melodię Mycach niosącą się po całym dziedzińcu. Wszystko byłoby super gdyby nad moją głową nie pojawił się nagle jakiś cień. Spojrzałam w górę i gdybym nie była królową, której wielu rzeczy nie wypada, krzyknęłabym. Tuż nade mną leciał czarny smok. Zamknęłam oczy ale ten nie wylądował. Obok mnie wylądowała za to dziewczyna o jasnych włosach, jasnej cerze, czarnym stroju i skórzanej kurtce. Smok poleciał dalej i przysiadł na jednej z zamkowych wierz. Niestety zrobił to na tyle niezdarnie, że dachówki posypały się, a w dachu powstała niewielka dziura. Smok zdziwiony odleciał by usiąść na murze, tym razem nie czyniąc szkód.
- Oj - dziewczyna skrzywiła się. Była to oczywiście Kath. - Przepraszam.
Przez moment byłam załamana, ale zaraz odpowiedziałam.
- Nic nie szkodzi... - westchnęłam i znowu pstryknęłam palcami. Dziura w dachu załatała się z powrotem. - Ile ten smok ma lat? I skąd ty w ogóle zeskoczyłaś?
- Rukanor jest młody, ma 2000 lat.
- Dzięki, tyle co ja - zaśmiałam się. - Ale smoki zapewne liczą czas nieco inaczej, zgadza się?
- Tak. Pytałaś z czego zeskoczyłam. No więc właśnie z niego.
- Ja kto? Przecież to było strasznie wysoko!
- Nie dla mnie! Taka moc...A teraz lecę z powrotem....Ah! Miałam się spytać czy nie miałabyś przypadkiem jakiejś... torby? - tu pokazała swój chlebaczek przekładając rękę przez ogromną dziurę w jego dnie. - Rukanor się do niego dorwał - wyjaśniła widząc moją zdziwiona minę.
- Nie, przepraszam Kath, ale nie mam żadnej torby. Może jakąś znajdziesz na targu.
- Nie mam pieniędzy, wszystkie wydałam na najpotrzebniejsze rzeczy.
Zrobiło mi się jej żal. Wiedziałam, że Vaskoci rzadko kłamią więc wyciągnęłam z małej sakiewki, która miałam pod ręką sto ugli i podałam dziewczynie. Była całkowicie zaskoczona.
- Dziękuję królowo - powiedziała.
- Nie ma za co. Lubię pomagać innym. Tera zleć i kup sobie nową torbę.
Kath była naprawdę bardzo szczęśliwa. Zawołała Rukanora, wskoczyła na niego i tyle ich widziałam.
Od Kath
Gdy się obudziłam, mijaliśmy chmury, a w dole przelatywały drzewa, domy, pola, łąki, jeziora i rzeki. Leżałam na wygodnym grzbiecie Rukanora, a słońce wschodziło zalewając niebo różowawym blaskiem gdzieś po prawej. Przed nami jednak rozciągało się ciemne, granatowe niebo, a gdzieś w oddali jaśniała gwiazda polarna blednąca w świetle dnia. Lecieliśmy wciąż na północ. Nie było żadnego wiatru, powietrze było chłodnawe, ale czuć było, że dzień zapowiada się gorący. Typowy letni poranek.
- Polecimy ponad chmurami - wyprostowałam się. Smok oczywiście mnie zrozumiał i wzbił się wyżej. Tu ponad chmurami było nieco chłodniej. Podniosłam się i kucnęłam na grzbiecie Rukanora rozglądając się uważnie. Na górze wiał wiatr. Zdecydowanie południowy. Spojrzałam w lewo za siebie i dostrzegłam na południu burzowe chmury. Będzie burza - pomyślałam i kazałam Rukanorowi znów zniżyć lot.
Gdy zostawiliśmy chmury w górze zaniemówiłam. Oto przed nami, na horyzoncie widniał ogromny biały zamek otoczony potężnymi murami nieco porośniętymi bluszczem. Poza murami rozciągały się pola i domy składające się na całkiem spore miasto. Wszystko to wyglądało bajecznie gdy tak z niezwykłą szybkością zbliżaliśmy się do miasta. To musiało być Dellon!
Kazałam Rukanorowi wylądować na środku czystego brukowanego dziedzińca. Zanim smok dotknął ziemi zsunęłam się po jego skrzydle i zgrabnie zeskoczyłam na ziemię - ćwiczyłam to wiele razy. Poprawiłam mój stary chlebak i spojrzałam na jakąś Elfkę i drugą dziewczynę stojącą tuż za nią. Elfka miała rude włosy i piękne szaty, a ta druga raczej skromne ubranie, ciemne włosy i szramę na oku. Smok zachowywał się trochę niespokojnie ale wiedziałam, że po prostu ich nie zna.
- Witaj - przywitała mnie Elfka po manedulańsku.
- Dzień dobry, czy to Dellon? - nauczyłam się tego zdania na pamięć, bo podczas mojej wędrówki wiele razy o to pytałam.
- Tak - Elfka uśmiechnęła się. - Jestem Imarsil, królowa Dellon, a to jest Mycach - tu wskazała tą drugą dziewczynę, która również się ze mną przywitała. - Ale co to za smok?
- Kim jesteś? - spytałam gdy już się zadomowiłam, a Mycach oprowadzała mnie po mieście.
- Jak to kim jestem? - chyba nie zrozumiała o co mi chodzi.
- Nie wyglądasz na Elfkę, więc kim jesteś?
- Ah o to ci chodzi! Jestem Mayoko, skrzypaczka, a...ty? Jesteś Vaskotką prawda?
- Tak - odparłam krótko.
Szłyśmy chwilę w milczeniu. Minęliśmy kilka węższych zaułków i dotarłyśmy na mały pusty placyk otoczony kilkoma ładnymi domkami. Mycach wskazała mi ten, w którym ona sama mieszkała. Weszłyśmy do środka. Wnętrze było dość skromne, ale ładne. Usiadłam na jednym z krzeseł, a Mycach zaparzyła jakieś zioła.
- Ten twój smok...ma jakieś imię?
- Rukanor. Boisz się go?
- Nie - odpowiedziała jakby zdziwiona tym pytaniem.
- Wydaje mi się, że Imarsil się go boi.
- Imarsil?!
- Pytała, czy niczego nie zniszczy i nie spali. Pytała czy jest posłuszny i czy nie będzie zjadał upraw.
- To normalne. Każdy by o to zapytał...
- Każdy kto się nie zna na smokach!
- Pokażesz mi go później? - spytała tylko po chwili.
Słońce błyszczało już wysoko na niebie. Niebo było czyste, może z wyjątkiem kilku białych obłoczków. Powietrze było nagrzane i duszne.
- Będzie burza - powiedziałam, przypominając sobie chmury, które widziałam rano.
- Skąd to wiesz? Niebo jest czyste - odparła Mycach idąca tuż obok mnie. W ręku niosła skrzypce i smyczek. Szłyśmy przez pola zbóż szukając polany, na której zmieściłby się Rukanor nie robiąc większych szkód. W tej chwili pewnie gdzieś sobie latał i polował na ptaki.
- Mam taki dar. Przewidywania pogody - odpowiedziałam z chytrym uśmieszkiem.
Wreszcie dotarłyśmy na piękną łąkę gdzie zawołałam mojego smoka po imieniu, ale w jego języku. Brzmiało to mniej więcej tak: Oella ess khh. Język smoków jest trudny i syczący. Nawet mi - Vaskotce - trudno było mówić w języku smoków, (zawsze jak mówiłam do zwierząt, one mnie po prostu rozumiały i odwrotnie) ale jego imienia nauczyłam się na pamięć.
Po chwili poczułam podmuch wiatru i Rukanor wylądował na polanie.
- Reaguje tylko na swój język? - spytała Mycach.
- Nie, na zwykłe Rukanor też reaguje - gdy wypowiedziałam jego imię on popatrzył na mnie wyczekująco. Potem jednak dostrzegł Mycach. Obnażył kły i przyjął pozycję bojową. Obie się cofnęłyśmy. Zaczęłam go uspokajać, wiedząc, że nie lubi obcych. Rukanor utkwił wzrok w Mycach i zionął ogniem. W pierwszej chwili byłam przerażona i zła, że mnie nie słucha, w drugiej pomyślałam, że jednak dobrze, że nie użył czarów, ale w trzeciej chwili stało się coś czego się nie spodziewałam. Mycach wykonała szybki i wydawać by się mogło nie znaczny ruch ręką, a strumień ognia zawrócił tuż przed nią i skierował się w bok, a następnie wyparował.
- Jak ty to? - spytałam zdziwiona.
- Moc panowania nad ogniem - powiedziała skromnie.
Już po piętnastu minutach Rukanor grzecznie spał obok nas ponieważ Mycach grała na swoich skrzypcach. Nie była to widać zwykłą melodia lecz magiczna. Taka, która usypia bestie...
- Polecimy ponad chmurami - wyprostowałam się. Smok oczywiście mnie zrozumiał i wzbił się wyżej. Tu ponad chmurami było nieco chłodniej. Podniosłam się i kucnęłam na grzbiecie Rukanora rozglądając się uważnie. Na górze wiał wiatr. Zdecydowanie południowy. Spojrzałam w lewo za siebie i dostrzegłam na południu burzowe chmury. Będzie burza - pomyślałam i kazałam Rukanorowi znów zniżyć lot.
Gdy zostawiliśmy chmury w górze zaniemówiłam. Oto przed nami, na horyzoncie widniał ogromny biały zamek otoczony potężnymi murami nieco porośniętymi bluszczem. Poza murami rozciągały się pola i domy składające się na całkiem spore miasto. Wszystko to wyglądało bajecznie gdy tak z niezwykłą szybkością zbliżaliśmy się do miasta. To musiało być Dellon!
Kazałam Rukanorowi wylądować na środku czystego brukowanego dziedzińca. Zanim smok dotknął ziemi zsunęłam się po jego skrzydle i zgrabnie zeskoczyłam na ziemię - ćwiczyłam to wiele razy. Poprawiłam mój stary chlebak i spojrzałam na jakąś Elfkę i drugą dziewczynę stojącą tuż za nią. Elfka miała rude włosy i piękne szaty, a ta druga raczej skromne ubranie, ciemne włosy i szramę na oku. Smok zachowywał się trochę niespokojnie ale wiedziałam, że po prostu ich nie zna.
- Witaj - przywitała mnie Elfka po manedulańsku.
- Dzień dobry, czy to Dellon? - nauczyłam się tego zdania na pamięć, bo podczas mojej wędrówki wiele razy o to pytałam.
- Tak - Elfka uśmiechnęła się. - Jestem Imarsil, królowa Dellon, a to jest Mycach - tu wskazała tą drugą dziewczynę, która również się ze mną przywitała. - Ale co to za smok?
- Kim jesteś? - spytałam gdy już się zadomowiłam, a Mycach oprowadzała mnie po mieście.
- Jak to kim jestem? - chyba nie zrozumiała o co mi chodzi.
- Nie wyglądasz na Elfkę, więc kim jesteś?
- Ah o to ci chodzi! Jestem Mayoko, skrzypaczka, a...ty? Jesteś Vaskotką prawda?
- Tak - odparłam krótko.
Szłyśmy chwilę w milczeniu. Minęliśmy kilka węższych zaułków i dotarłyśmy na mały pusty placyk otoczony kilkoma ładnymi domkami. Mycach wskazała mi ten, w którym ona sama mieszkała. Weszłyśmy do środka. Wnętrze było dość skromne, ale ładne. Usiadłam na jednym z krzeseł, a Mycach zaparzyła jakieś zioła.
- Ten twój smok...ma jakieś imię?
- Rukanor. Boisz się go?
- Nie - odpowiedziała jakby zdziwiona tym pytaniem.
- Wydaje mi się, że Imarsil się go boi.
- Imarsil?!
- Pytała, czy niczego nie zniszczy i nie spali. Pytała czy jest posłuszny i czy nie będzie zjadał upraw.
- To normalne. Każdy by o to zapytał...
- Każdy kto się nie zna na smokach!
- Pokażesz mi go później? - spytała tylko po chwili.
Słońce błyszczało już wysoko na niebie. Niebo było czyste, może z wyjątkiem kilku białych obłoczków. Powietrze było nagrzane i duszne.
- Będzie burza - powiedziałam, przypominając sobie chmury, które widziałam rano.
- Skąd to wiesz? Niebo jest czyste - odparła Mycach idąca tuż obok mnie. W ręku niosła skrzypce i smyczek. Szłyśmy przez pola zbóż szukając polany, na której zmieściłby się Rukanor nie robiąc większych szkód. W tej chwili pewnie gdzieś sobie latał i polował na ptaki.
- Mam taki dar. Przewidywania pogody - odpowiedziałam z chytrym uśmieszkiem.
Wreszcie dotarłyśmy na piękną łąkę gdzie zawołałam mojego smoka po imieniu, ale w jego języku. Brzmiało to mniej więcej tak: Oella ess khh. Język smoków jest trudny i syczący. Nawet mi - Vaskotce - trudno było mówić w języku smoków, (zawsze jak mówiłam do zwierząt, one mnie po prostu rozumiały i odwrotnie) ale jego imienia nauczyłam się na pamięć.
Po chwili poczułam podmuch wiatru i Rukanor wylądował na polanie.
- Reaguje tylko na swój język? - spytała Mycach.
- Nie, na zwykłe Rukanor też reaguje - gdy wypowiedziałam jego imię on popatrzył na mnie wyczekująco. Potem jednak dostrzegł Mycach. Obnażył kły i przyjął pozycję bojową. Obie się cofnęłyśmy. Zaczęłam go uspokajać, wiedząc, że nie lubi obcych. Rukanor utkwił wzrok w Mycach i zionął ogniem. W pierwszej chwili byłam przerażona i zła, że mnie nie słucha, w drugiej pomyślałam, że jednak dobrze, że nie użył czarów, ale w trzeciej chwili stało się coś czego się nie spodziewałam. Mycach wykonała szybki i wydawać by się mogło nie znaczny ruch ręką, a strumień ognia zawrócił tuż przed nią i skierował się w bok, a następnie wyparował.
- Jak ty to? - spytałam zdziwiona.
- Moc panowania nad ogniem - powiedziała skromnie.
Już po piętnastu minutach Rukanor grzecznie spał obok nas ponieważ Mycach grała na swoich skrzypcach. Nie była to widać zwykłą melodia lecz magiczna. Taka, która usypia bestie...
sobota, 9 sierpnia 2014
środa, 6 sierpnia 2014
Od Mycach
Wczesnym rankiem, jeszcze przed świtem obudziło mnie ćwierkanie ptaka tuż za oknem. Wstałam i zobaczywszy, że poprzedniego wieczoru zasnęłam w zwykłym ubraniu chwyciłam skrzypce i wyszłam na dwór. Usiadłam na ławce przed domem i zaczęłam grać. Sama uważałam, że gram dość ładnie ale nigdy się tym nie chwaliłam. Spokojna i trochę smutna muzyka odbijała się echem od murów królestwa i rozbrzmiewała na cichym dziedzińcu. Nie wiem ile tak grałam gdyż potrafiłam nawet cały dzień. Jednak gdy tylko słońce wychyliło z za kamiennych murów pierwsze swe promienie przestałam grać. Wstałam i zostawiwszy na ławce instrument wdrapałam się jak małe dziecko na drzewo. Stąd pięknie widać było wschodzące słońce, które swoim blaskiem (najpierw różowym, a później dopiero złotym) zalewa powoli całe niebo.
Po skromnym śniadaniu, na które składały się dwie kromki chleba z masłem pobiegłam do lasu (oczywiście zabierając z sobą skrzypce). Wyszłam za bramę i ruszyłam dróżką przez pola uprawne. Szlam pomiędzy zbożem falującym od lekkiego porannego wiatru, a później przez łąkę prosto do lasu.
Las należał do Dellon i mieszkało w nim wiele dziwacznych stworzeń, których nigdy nie widziałam. A uwierzcie mi widziałam wiele zwierząt! Handlarze przejeżdżający codziennie przez naszą osadę często mieli w klatkach najróżniejsze stwory z całego świata. Ale te w lesie w Dellon wydawały się jakieś inne, bardziej...dzikie. Usiadłam na kamieniu nad jeziorkiem w cieniu drzew i zaczęłam grać na skrzypcach. Grałam najpierw powoli i smutno jak zawsze, ale kiedy złoto-błękitne zwierzątka pływające w jeziorku wychyliły zaciekawione główki, zaczęłam grać nieco żywiej. I spodobało mi się! Uśmiechnęłam się, a małe niby-rybki podpływały coraz bliżej i wydawały się również być zadowolone. Nie byłam Vaskotką żeby określić czy im się podoba ale coś mi mówiło, że tak. Grałam coraz żywiej i weselej aż małe stworzonka, wyskoczyły z wody i zaczęły tańczyć w powietrzu jak Mayoko. Nawet przybrały kształty postaci, lecz pozostały w swoich niewielkich rozmiarach. Grałam im a one tańczyły w kółku i w parach i osobno. Skakały tuż nad taflą wody ale nie dotykając jej, a ta tymczasem wydała mi się być brukowanym dziedzińcem. Potem usłyszałam ich śmiechy. Też zaczęłam się śmiać i nagle stało się coś dziwnego: smyczek zajął się ogniem tak samo jak struny w miejscu, w którym ich dotykał, ale ja się nie przestraszyłam ponieważ wiedziałam, że jestem odporna na ogień. Wręcz przeciwnie, byłam zachwycona i grałam jeszcze weselej.
Dmuchnęłam w smyczek i jeden z płomieni zatańczył wokół mnie po czym powrócił do palenia skrzypiec. Zaraz! On ich nie palił. Dopiero teraz zrozumiałam, że skrzypce musza być ze mną jakoś związane ponieważ stały się zaczarowane. Tak jak ja były odporne na ogień. I musiało być coś jeszcze, kiedy zaczęłam żywiej grać ogień pojawił się na skrzypcach. Dotychczas zawsze grałam może nie tyle co smutne ale spokojne melodie. Rzadko grałam coś żywszego na rynku w mojej starej osadzie, ale widocznie nie było to na tyle wesołe by smyczek wystrzelił płomieniami.
CDN
Po skromnym śniadaniu, na które składały się dwie kromki chleba z masłem pobiegłam do lasu (oczywiście zabierając z sobą skrzypce). Wyszłam za bramę i ruszyłam dróżką przez pola uprawne. Szlam pomiędzy zbożem falującym od lekkiego porannego wiatru, a później przez łąkę prosto do lasu.
Las należał do Dellon i mieszkało w nim wiele dziwacznych stworzeń, których nigdy nie widziałam. A uwierzcie mi widziałam wiele zwierząt! Handlarze przejeżdżający codziennie przez naszą osadę często mieli w klatkach najróżniejsze stwory z całego świata. Ale te w lesie w Dellon wydawały się jakieś inne, bardziej...dzikie. Usiadłam na kamieniu nad jeziorkiem w cieniu drzew i zaczęłam grać na skrzypcach. Grałam najpierw powoli i smutno jak zawsze, ale kiedy złoto-błękitne zwierzątka pływające w jeziorku wychyliły zaciekawione główki, zaczęłam grać nieco żywiej. I spodobało mi się! Uśmiechnęłam się, a małe niby-rybki podpływały coraz bliżej i wydawały się również być zadowolone. Nie byłam Vaskotką żeby określić czy im się podoba ale coś mi mówiło, że tak. Grałam coraz żywiej i weselej aż małe stworzonka, wyskoczyły z wody i zaczęły tańczyć w powietrzu jak Mayoko. Nawet przybrały kształty postaci, lecz pozostały w swoich niewielkich rozmiarach. Grałam im a one tańczyły w kółku i w parach i osobno. Skakały tuż nad taflą wody ale nie dotykając jej, a ta tymczasem wydała mi się być brukowanym dziedzińcem. Potem usłyszałam ich śmiechy. Też zaczęłam się śmiać i nagle stało się coś dziwnego: smyczek zajął się ogniem tak samo jak struny w miejscu, w którym ich dotykał, ale ja się nie przestraszyłam ponieważ wiedziałam, że jestem odporna na ogień. Wręcz przeciwnie, byłam zachwycona i grałam jeszcze weselej.
Dmuchnęłam w smyczek i jeden z płomieni zatańczył wokół mnie po czym powrócił do palenia skrzypiec. Zaraz! On ich nie palił. Dopiero teraz zrozumiałam, że skrzypce musza być ze mną jakoś związane ponieważ stały się zaczarowane. Tak jak ja były odporne na ogień. I musiało być coś jeszcze, kiedy zaczęłam żywiej grać ogień pojawił się na skrzypcach. Dotychczas zawsze grałam może nie tyle co smutne ale spokojne melodie. Rzadko grałam coś żywszego na rynku w mojej starej osadzie, ale widocznie nie było to na tyle wesołe by smyczek wystrzelił płomieniami.
CDN
wtorek, 11 marca 2014
niedziela, 2 marca 2014
Od Korrandry
Obudziłam się wcześnie rano, jak to zwykle robiłam. Rozglądnęłam się dookoła. Niedaleko mnie spokojnie pasł się Vasemir. Podniosłam się z ziemi na której spałam i podeszłam do konia.
- Cześć mały - uśmiechnęłam się do konia kreśląc koła na szyi zwierzęcia. Ten głośno wypuścił powietrze w moje włosy, zarżał donośnie i pogrzebał kopytem w ziemi.
- Chcesz już jechać ? - zaśmiałam się. Zarzuciłam sobie na ramie torbę w której nosiłam najpotrzebniejsze rzeczy, przytroczyłam sobie całą moją broń, założyłam Vasemirowi ogłowie i wskoczyłam na jego grzbiet. Nie posiadałam siodła, ani też nie potrzebowałam go. Z początku jechaliśmy stępem lecz po chwili popędziłam konia do galopu. Vasemir wierzgnął z radości i pognał przez łąki powoli przechodząc w cwał. Jechaliśmy tak nie długi czas, aż zobaczyłam jakieś miasteczko. Skierowałam konia w jego stronę. Galopem wjechałam przez otwartą bramę na dziedziniec miasta. Vasemir stanął dęba zatrzymując się, a ja zeskoczyłam zgrabnie z jego grzbietu. Zaraz też zobaczyłam śpiesznie idącą w moją stronę elfkę.
(Imarsil ?)
środa, 26 lutego 2014
poniedziałek, 24 lutego 2014
Od Imarsil
Wiał lekki popołudniowy wietrzyk ale nie dawał się zbytnio we znaki gdyż powietrze było nagrzane od wiosennego słońca. Stałam na balkonie opierając ręce o białą , kamienną balustradę. Na balkonie stało kilka donic z egzotycznymi kwiatami oraz mały, wiklinowy stoliczek z jednym krzesłem. Na dziedzińcu było pusto, żadnych Elfów, żadnych Vaskotów... Nikogo nie było. Czasami nawet bałam się, że to wszystko nie wyjdzie, że nikt nie zechce się tu osiedlić i miasto nie powstanie. Jednak zawsze wieżyłam, że jest chociaż szansa.
Wiatr zawiał nieco mocniej i usłyszałam skrzypienie bramy i kroki. Szybko zwróciłam wzrok w tę stronę. Jakaś dziewczyna weszła na dziedziniec i rozglądała się niepewnie. Od razu wzbiłam się w powietrze i zleciałam do niej. Obrzuciłam ją szybkim spojżeniem i stwierdziłam, że nie ma szpiczastych uszu więc nie może być Elfem, rysy twarzy również nie pasowały do Vaskotki. Nie była ubrana jak czrna czarownica, a do białej jakoś mi nie pasowała. Łowca? E... Nie ma amuletu.
- Jesteś Mayoko? - spytałam. Dziewczyna wyglądała na taką w moim wieku, chodź dla Mayoko było to 10 razy mniej. Ubrana była ubogo, a przy sobie miała jedynie worek z pajdą chleba i skrzypce. Zauważyłam, że na prawym oku ma bliznę.
- Tak - mówiła po manedulańsku, to już coś. Ale wątpię, żeby była z Lavertum. - Pochodzę z biednej rodziny, nie mam ani konia, ani nawet Huslina. Napadli mnie dzikusi z północy, zabili rodzeństwo i matkę.
- Jenrwi? - to najgorsze z plemion północy, które bogatych doszczętnie okrada, a biednych zabija.
- Czy to Dellon?
- Witaj - oczy mi zabłyszczały, a na ustach pojaeił się uśmiech.
- Jesteś królową?
- Tak, jestem Imarsil, a ty, jak się nazywasz?
- Mycach pani.
- Zamieszkasz, w którejś z tych hatek.
Ruszyłam naprzód, wśród białych hatek o matowo czerwonych dachach. Mieszkanie nowo przybyłej było skromne w porównaniu do mojego pałacu. Jednak dom posiadał dwa piętra przy czym na górze znakdowała się jedynie sypialnia z łazienką.
- Umiesz czytać? - spytałam gdy się rozgościła i ruszyłyśmy do zamku.
- Nie najlepiej - przyznała.
- Dobrze... - w głowie "spisywałam" rzeczy, które trzeba będzie dać tej skrajnie ubogiej dziewczynie. - Ile właściwie masz lat?
- 196, to po elficku 1960 prawda?
- Dokładnie, widzę, że nieźle się znasz. Może i nie umiesz za dobrze czytać ale masz poza tym jakieś zainteresowania? Czym mogłabyś się zajmować tutaj, w Dellon?
- Hm... Jestem skrzypaczką, umiem też grać na wiolączelli i kontrabasie, umiem tańczyć, śpiewać i znam dużo języków - po tonie jej głosu słychać było, że nie chce się tym wszystkim chwalić i gdybym nie zapytała pewnie by tego nie powiedziała. Jednak to ostatnie mnie zaciekawiło: jakim cudem mayokańska dziewczyna z ubogiej rodziny mogła znać dużo języków?
- Skąd znasz te języki? - zapytałam więc.
- Kiedy moja siostra sprzedawała na rynku różne wyroby żeby zarobić ja grałam i tańczyłam. Przy okazji nasłuchałem się wielu handlarzy, którzy przyjeżdżali tam z różnych stron świata. Tak nauczyłam się mniej więcej dwunastu języków.
- A co do tych skrzypiec, mogłabyś zostać muzykiem. Co ty na to?
- Dobrze, mogę zostać muzykiem.
Weszłyśmy do zamku, a ja dałam Mycach ubrania i inne rzeczy, które na pewno jej się przydadzą.
Po posiłku, który zjadłyśmy w wielkiej sali w zamku zapytałam.
- Zagrałabyśmi coś na skrzypcach?
- Oczywiście - widać było, że się ucieszyła. Od razu chwyciła instrument i zaczęła grać. Jej muzyka wydawała się nieco smutna ale mimo to piękna. Grała tak pół godziny, a później odłożyła skrzypce na mały stolik uprzednio zapytawszy mnie czy może tam położyć.
- Nauczyłaś się tego utworu?
- Wymyślałam na bierząco - byłam pod dużym wrażeniem talentu Mycach. Do końca dnia już się nie zobaczyłyśmy gdyż dałam jej kilka książek do domu żeby mogła się uczyć czytać.
Sama zaś wyszłam po zachodzie na balkon i obserwowałam niebo przez teleskop. Taki teleskop miał mało kto! Tylko królowie jak mój ojciec mogli sobie pozwolić na ten nowy wynalazek. Kiedy skończyłam, położyłam się do swojego loża i od razu zasnęłam.
Wiatr zawiał nieco mocniej i usłyszałam skrzypienie bramy i kroki. Szybko zwróciłam wzrok w tę stronę. Jakaś dziewczyna weszła na dziedziniec i rozglądała się niepewnie. Od razu wzbiłam się w powietrze i zleciałam do niej. Obrzuciłam ją szybkim spojżeniem i stwierdziłam, że nie ma szpiczastych uszu więc nie może być Elfem, rysy twarzy również nie pasowały do Vaskotki. Nie była ubrana jak czrna czarownica, a do białej jakoś mi nie pasowała. Łowca? E... Nie ma amuletu.
- Jesteś Mayoko? - spytałam. Dziewczyna wyglądała na taką w moim wieku, chodź dla Mayoko było to 10 razy mniej. Ubrana była ubogo, a przy sobie miała jedynie worek z pajdą chleba i skrzypce. Zauważyłam, że na prawym oku ma bliznę.
- Tak - mówiła po manedulańsku, to już coś. Ale wątpię, żeby była z Lavertum. - Pochodzę z biednej rodziny, nie mam ani konia, ani nawet Huslina. Napadli mnie dzikusi z północy, zabili rodzeństwo i matkę.
- Jenrwi? - to najgorsze z plemion północy, które bogatych doszczętnie okrada, a biednych zabija.
- Czy to Dellon?
- Witaj - oczy mi zabłyszczały, a na ustach pojaeił się uśmiech.
- Jesteś królową?
- Tak, jestem Imarsil, a ty, jak się nazywasz?
- Mycach pani.
- Zamieszkasz, w którejś z tych hatek.
Ruszyłam naprzód, wśród białych hatek o matowo czerwonych dachach. Mieszkanie nowo przybyłej było skromne w porównaniu do mojego pałacu. Jednak dom posiadał dwa piętra przy czym na górze znakdowała się jedynie sypialnia z łazienką.
- Umiesz czytać? - spytałam gdy się rozgościła i ruszyłyśmy do zamku.
- Nie najlepiej - przyznała.
- Dobrze... - w głowie "spisywałam" rzeczy, które trzeba będzie dać tej skrajnie ubogiej dziewczynie. - Ile właściwie masz lat?
- 196, to po elficku 1960 prawda?
- Dokładnie, widzę, że nieźle się znasz. Może i nie umiesz za dobrze czytać ale masz poza tym jakieś zainteresowania? Czym mogłabyś się zajmować tutaj, w Dellon?
- Hm... Jestem skrzypaczką, umiem też grać na wiolączelli i kontrabasie, umiem tańczyć, śpiewać i znam dużo języków - po tonie jej głosu słychać było, że nie chce się tym wszystkim chwalić i gdybym nie zapytała pewnie by tego nie powiedziała. Jednak to ostatnie mnie zaciekawiło: jakim cudem mayokańska dziewczyna z ubogiej rodziny mogła znać dużo języków?
- Skąd znasz te języki? - zapytałam więc.
- Kiedy moja siostra sprzedawała na rynku różne wyroby żeby zarobić ja grałam i tańczyłam. Przy okazji nasłuchałem się wielu handlarzy, którzy przyjeżdżali tam z różnych stron świata. Tak nauczyłam się mniej więcej dwunastu języków.
- A co do tych skrzypiec, mogłabyś zostać muzykiem. Co ty na to?
- Dobrze, mogę zostać muzykiem.
Weszłyśmy do zamku, a ja dałam Mycach ubrania i inne rzeczy, które na pewno jej się przydadzą.
Po posiłku, który zjadłyśmy w wielkiej sali w zamku zapytałam.
- Zagrałabyśmi coś na skrzypcach?
- Oczywiście - widać było, że się ucieszyła. Od razu chwyciła instrument i zaczęła grać. Jej muzyka wydawała się nieco smutna ale mimo to piękna. Grała tak pół godziny, a później odłożyła skrzypce na mały stolik uprzednio zapytawszy mnie czy może tam położyć.
- Nauczyłaś się tego utworu?
- Wymyślałam na bierząco - byłam pod dużym wrażeniem talentu Mycach. Do końca dnia już się nie zobaczyłyśmy gdyż dałam jej kilka książek do domu żeby mogła się uczyć czytać.
Sama zaś wyszłam po zachodzie na balkon i obserwowałam niebo przez teleskop. Taki teleskop miał mało kto! Tylko królowie jak mój ojciec mogli sobie pozwolić na ten nowy wynalazek. Kiedy skończyłam, położyłam się do swojego loża i od razu zasnęłam.
niedziela, 23 lutego 2014
Witajcie!
Witajcie!
Serdecznie zapraszam do nowo otwartego bloga! Wataha Wspomnień cieszy się w miarę dużym zainteresowaniem, ale wpadłam na pomysł założenia drugiego bloga! Mam nadzieję, że i on będzie przez was lubiany. I jeszcze raz zapraszam do odwiedzania, a najlepiej dołączania. Jeśli nie macie czasu, a znacie kogoś kto by się zainteresował pokażcie mu tego bloga!
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)